Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legendarne zespoły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legendarne zespoły. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 kwietnia 2013

Recenzja albumu Aerosmith "Aerosmith"


01. Make It
02. Somebody
03. Dream On
04. One Way Street
05. Mama Kin
06. Write Me A Letter
07. Movin' Out
08. Walkin' The Dog

"Aerosmith" [1973] to debiutancki album legendarnego, jak na moje oko, zespołu Aerosmith. W skład grupy wchodzą: Steven Tyler (wokal), Joe Perry (gitara prowadząca), Tom Hamilton (gitara basowa), Joey Kramer (perkusja) i Brad Whitford (gitara rytmiczna). Płyta, o której dzisiaj opowiem, jest dosyć krótka - tylko osiem utworów - jednak bardzo przypadła mi do gustu.

Pierwszy na krążku jest utwór Make It. Po pierwszym jego przesłuchaniu nie wydawał mi się wyjątkowy; brzmiał jak najzwyklejszy rockowy kawałek. Jednak kiedy się z nim osłuchałam, bardzo często gościł na mojej playliście. Szczególnie podoba mi się refren. Kiedy tylko włączyłam płytę, od razu zwróciłam uwagę na głos Tylera, który nie był jeszcze tak "zadymiony" i chropowaty jak obecnie. Ale głos Tylera to głos Tylera, a więc zawsze będzie brzmiał genialnie. Kolejny utwór nosi tytuł Somebody. Bardzo pozytywny kawałek. Stylistyką nie różni się od pierwszego. Pomimo, że jest dość zwyczajny, słuchanie go sprawia mi niemałą przyjemność. Następnie mamy legendarne już Dream On. Na wstępie słychać gitarę, fortepian i skrzypce - imponująca różnorodność instrumentów (jak na Aerosmith z pierwszego krążka). Potem wchodzi, o dziwo, delikatny głos Tylera, a zaraz potem dochodzi reszta instrumentów. Już po pierwszym przesłuchaniu kawałek mnie oczarował, a wręcz powalił na kolana. Cały utwór jest naprawdę genialny, nie mówiąc już o refrenie. Kolejny utwór to bluesowe siedmiominutowe One Way Street.  Zazwyczaj tak długie piosenki mają tendencję do zanudzania słuchacza, jednak One Way Street pod żadnym względem się do nich nie zalicza. Słychać tutaj harmonijkę ustną, w przyszłości charakterystyczną dla Aerosmith. Pod koniec melodia się nieco zmienia, a efekt jest naprawdę świetny. Ogółem bardzo pozytywny i energiczny utwór, przy którym nie sposób nie tupać nogą. Potem mamy kolejny hit zespołu, Mama Kin. Bardzo chwytliwe, dynamiczne, pozytywne, a gitara naprawdę zniewalająca. Po prostu piękny, klasyczny rockowy utwór. Przejdę od razu do ostatniej piosenki, Walkin' The Dog, która jest coverem Rufusa Thomasa. Ku mojemu zdziwieniu kawałek ma funkowe elementy, czego nie spodziewałam się po Aerosmith. Jednak dzięki temu utwór pozytywnie się wyróżnia.

Płyta jest spójna, wszystkie utwory są utrzymane w tej samej stylistyce. Za pierwszym razem mogą wydać się prawie identyczne, jednak po kilkakrotnym przesłuchaniu albumu, dostrzega się znaczące różnice między nimi. Jak na debiut, płyta jest naprawdę dobra. Określiłabym ją jako klasyczny, rockowy krążek. Album nie jest jakąś innowacją, ale trzeba przyznać, że Aerosmith ma swoje miejsce w historii muzyki rockowej. Uważam, że album jest wart przesłuchania.
Moja ocena: 9/10.

środa, 17 kwietnia 2013

Recenzja albumu AC/DC "High Voltage"


01. It's A Long Way To The Top (If You Wanna Rock 'N' Roll)
02. Rock 'n' Roll Singer
03. The Jack
04. Live Wire
05. T.N.T.
06. Can I Sit Next To You Girl
07. Little Lover
08. She's Got Balls
09. High Voltage

AC/DC to jeden z tych legendarnych zespołów rockowych, których twórczość miała wpływ na miliony fanów. Dzisiaj zrecenzuję ich pierwszy ogólnoświatowy krążek, "High Voltage" [1976]. Przed wydaniem tego albumu na całym świecie, w Australii (skąd pochodzi zespół) ukazały się wcześniej dwa krążki, "High Voltage" oraz "T.N.T.". Ogólnoświatowa wersja płyty "High Voltage" łączy w sobie niektóre utwory ze swoich australijskich poprzedniczek.

Album otwiera It's A Long Way To The Top (If You Wanna Rock 'N' Roll). Utwór dobrze oddaje klimat krążka. Jest dynamiczny, dobrze słychać wszystkie instrumenty, przy czym wpada w ucho. Naprawdę udany kawałek. Mając za sobą taki początek, chętnie słuchałam dalej. Jedyne, czego nie odebrałam w pełni pozytywnie to dudy, które gdzieniegdzie się pojawiają. Jednak przez to że ja się troszkę czepiam nie można odmówić piosence przebojowości. Potem mamy równie chwytliwe Rock 'n' Roll Singer. Tak jak przy poprzednim utworze, zachwyciły mnie gitarowe riffy. Naprawdę świetnie komponują się z resztą. Co do wokalu, na początku głos Bona Scotta był mi całkowicie obojętny, ale kiedy się do niego przyzwyczaiłam, zaczął mi się szczerze podobać. Kolejny utwór, The Jack, o bluesowym rytmie, oczarował mnie już mniej. Zapewne dlatego, że w refrenie są wielokrotnie powtarzane te same słowa. Muszę jednak wspomnieć, że do tego kawałka głos Scotta pasuje idealnie. W sumie całość można uznać za udaną. Kolejny numer to Live Wire. Musiałam się z nim trochę osłuchać. Po jakimś czasie naprawdę go polubiłam. Następnie mamy jeden z największych przebojów zespołu - T.N.T. Jest to jeden z tych uzależniających kawałków, które cały czas słyszysz w głowie. Refren jest tutaj niezwykle chwytliwy. Cała piosenka jest dosyć zróżnicowana - na początku i pod koniec słyszymy krzyki muzyków, potem świetne zwrotki i rewelacyjny refren. Wiem, że to dopiero połowa płyty, ale T.N.T. przypieczętowało tylko moje zadowolenie z sięgnięcia po album "High Voltage".  W Can I Sit Next To You Girl urzekło mnie brzmienie gitar. Little Lover ma osobliwą atmosferę. Kiedyś żona Scotta poprosiła go, by napisał o niej piosenkę. Napisał więc She's Got Balls (PL: Ona ma jaja), za co ta się z nim rozwiodła. Biorąc pod uwagę samo brzmienie utworu, jest dobry, choć nie zalicza się do moich ulubionych. Na koniec zaserwowano słuchaczom piosenkę tytułową, High Voltage. Jak na moje oko, jest podobna do tych z początku. Brzmi naprawdę świetnie.

Długo się nad tym zastanawiałam, i doszłam do wniosku, że na każdym kroku zachwyca mnie prostota ich muzyki. Bardzo proste a jednak genialne. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do talentu członków AC/DC. Muszę wyróżnić gitarzystę, Angusa Young'a. Słychać, że facet wie, co robi. Słabych punktów na krążku jest niewiele. Co tu dużo mówić, klasyka rocka.
Moja ocena: 9/10.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Recenzja albumu The Beatles "With The Beatles"


01. It Won't Be Long
02. All I've Got To Do
03. All My Loving
04. Don't Bother Me
05. Little Child
06. Till There Was You
07. Please Mister Postman
08. Roll Over Beethoven
09. Hold Me Tight
10. You Really Got A Hold On Me
11. I Wanna Be Your Man
12. Devil In Her Heart
13. Not A Second Time
14. Money (That's What I Want)

Legendarnych Beatlesów raczej nie muszę przedstawiać. W każdym razie dzisiaj zrecenzuję ich drugi krążek "With The Beatles" [1963]. Recenzję pierwszej płyty już pisałam >>klik<<. Zdziwiłam się niezmiernie, kiedy dowiedziałam się, że album "With The Beatles" został wydany tylko cztery miesiące po pierwszym, "Please Please Me". Zatem nikt się nie zdziwi, jeśli powiem, że druga płyta nie różni się wcale od pierwszej pod względem brzmienia.

Album otwiera kawałek It Won't Be Long - bardzo przyjemny, pozytywny i krótki, tak jak to zazwyczaj bywa u Beatlesów w najmłodszych latach. Muzyka i teksty nie są skomplikowane, przez co łatwo trafiają do słuchacza. Muszę dodać, że kiedy słucham Beatlesów, mimowolnie się uśmiecham. Drugi utwór, All I've Got To Do, nie różni się od poprzedniego pod względem brzmienia; jest tak samo pozytywny i przyjemny. Po dwóch pierwszych piosenkach można zauważyć, że ważnym szczegółem w muzyce Beatlesów są chórki. Są nierozłączną częścią, dopełniającą całość. Trzeci utwór, All My Loving, to jeden z moich ulubionych. Wokal prowadzący objął tutaj McCartney. Nie wiem dlaczego tak jest, ale do piosenek w wykonaniu Paul'a mam większą sympatię (chociaż w sumie darzę ogromną sympatią większość utworów Beatlesów). Numer cztery to Don't Bother Me, napisane przez gitarzystę, George'a Harrisona. Co dziwne, piosenka nie jest taka wesolutka jak reszta. Ale tak samo rewelacyjna.


Kolejny utwór, Little Child, jest przepełniony tą Beatlesową pozytywną energią. Bardzo dynamiczny kawałek. Następnie pojawia się utwór Till There Was You w wykonaniu Paul'a. W odróżnieniu do poprzedniego, ten jest spokojny, zagrany na gitarze akustycznej. Please Mister Postman to jeden z coverów, których na płycie jest sześć. Bardzo szybko wpada w ucho, z resztą jak wszystko na krążku. Roll Over Beethoven to kolejny cover. Typowo rockandrollowy utwór. Można powiedzieć, że to najszybszy kawałek na płycie. Bardzo przypadł mi do gustu. Pominę dwa utwory i przejdę od razu do następnego. I Wanna Be Your Man w wykonaniu perkusisty, Ringo Starr'a. Zawsze mnie śmieszył sposób grania Ringa, a kiedy słucham utworów, w których objął wokal prowadzący, zawsze chce mi się śmiać. Nie znaczy to jednak, że piosenka jest zła. Mnie się podoba.


Kolejny kawałek, jeden z moich ulubionych, Devil In Her Heart, ma w swoim brzmieniu coś, co go wyróżnia. Jest nawet więcej niż przyjemny. Przejdę od razu do ostatniego numeru, czyli Money (That's What I Want). Jest to jeden z tych bardziej wyróżniających się. Może dlatego, że jest wykonany z ponadprzeciętną ilością pianina.

Utwory na "With The Beatles" są utrzymane w takim samym klimacie - są pozytywne, przyjemne, dość dynamiczne. Typowo Beatlesowe. Genialne w swojej prostocie. Bardzo szybko wpadają w ucho i nie mogą wyjść. Warto wspomnieć, że prawie wszystkie są o miłości :) Album jest jednym z moich ulubionych.
Moja ocena: 10/10. Polecam!

sobota, 19 stycznia 2013

Recenzja albumu The Ramones "Ramones"


01. Blitzkrieg Bop
02. Beat On The Brat
03. Judy Is A Punk
04. I Wanna Be Your Boyfriend
05. Chain Saw
06. Now I Wanna Sniff Some Glue
07. I Don't Wanna Go Down To The Basement
08. Loudmouth
09. Havana Affair
10. Listen To My Heart
11. 53rd & 3rd
12. Let's Dance
13. I Don't Wanna Walk Around With You
14. Today You Love, Tomorrow The World

The Ramones to amerykański zespół punkrockowy, który rozpoczął swoją działalność w 1974 roku w Nowym Jorku, skąd pochodzą wszyscy członkowie grupy. Za czasów debiutanckiego albumu "Ramones" [1976], który dzisiaj zrecenzuję, zespół przedstawiał się w takim oto składzie: Joey Ramone - wokal, Johnny Ramone - gitara, Dee Dee Ramone - gitara basowa i Tommy Ramone - perkusja. Trudno nie zauważyć podobieństwa w ich pseudonimach scenicznych: wszyscy używali nazwiska Ramone, a zainspirował ich do tego (mój ulubieniec) Paul McCartney, który za czasów Beatlemanii meldował się w hotelach, podając nazwisko Ramone.
Ramonesi byli jednym z zespołów, które szerzyły ideę punk rocka w Stanach Zjednoczonych, chociaż właściwie punk jest brytyjski. Nie twierdzę jednak, że amerykańscy Ramonesi źle się w tym gatunku spisują.

Pierwszy utwór, Blitzkrieg Bop idealnie oddaje klimat i charakter całego albumu. W piosence są zachowane typowe dla punk rocka proporcje - szybki bit, "szarpana" gitara i szybkie tempo - a całość ma pozytywne brzmienie, co razem daje przyjemne (w dużej mierze zależy to od gustu!), energiczne połączenie. Oprócz tego Blitzkrieg Bop rozpoczyna kultowy okrzyk "Hey! Ho! Let's Go!". Muszę na początku wspomnieć, że kawałki Ramonesów trwają lekko ponad dwie minuty, więc nie są zbytnio rozbudowane, ale wpadają w ucho z niezwykłym rozmachem, a w moim przypadku potrafiłam słuchać jednej ich piosenki przez pół dnia. Od razu uprzedzam, że trudno się od nich uwolnić! Drugi utwór, Beat On The Brat niezwykle przypadł mi do gustu. Zapewne ze względu na to, że jest dość unikalny, nawet w ogólnym repertuarze The Ramones [niektórzy twierdzą, że każdy ich utwór jest taki sam, ale to błędne twierdzenie]. Beat On The Brat brzmi klasycznie dla tego zespołu, jednak jest bardziej "rymowane", co daje ciekawy efekt. Judy Is A Punk to jeden z kilku utworów, dzięki którym ta nowojorska grupa zyskała fanów i sławę. Trwa 1:32 min., ale kawałek jest kultowy. Przejdę od razu do szóstki, czyli Now I Wanna Sniff Some Glue. Jest to pierwsza piosenka Ramonesów, którą poznałam. Składa się z prostej melodii i czterech linijek równie prostego tekstu [Now I wanna sniff some glue, Now I wanna have somethin' to do, All the kids wanna sniff some glue, All the kids want somethin' to do], który powtarza się kilka razy. Piosenka trwa około minutę i pół, ale mnie się szczerze podoba. Przejdę od razu do dwunastki, czyli 53rd & 3rd. Jest to najbardziej znany utwór z tych napisanych przez basistę [Dee Dee Ramone]. Jest jednym z tych bardziej "rymowanych", a w środku utworu wokal na moment przejmuje Dee Dee, chociaż nie jestem pewna, czy piosenka na tym skorzystała.

Utwory The Ramones zaczynają się podobnie (ba, prawie identycznie), ale w rzeczywistości są różne. Musiałam o tym wspomnieć, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Uważam, że powtarzalność jest jedną z cech punk rocka, więc się tego nie czepiam. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to wszystko jest tak banalne, że nie ma wartości. Kawałki są bardzo spójne (można by rzec, że aż za bardzo), ale jest w nich zachowane unikalne brzmienie Ramones. Każda piosenka składa się z kilku prostych gitarowych riffów, szybkiego bitu i dość chwytliwej melodii, a co do wokalu, hmm, Joey Ramone w większości wykrzykuje teksty i to bardzo niewyraźnie, ale jest to bardzo wyjątkowe. Takich zespołów już niestety nie zobaczymy. Punk rock jest prosty nie tylko w warstwie muzycznej jak i lirycznej, ale ma przekaz. Teksty mogą wydawać się bezsensowne, ale mają w sobie to coś, z resztą tak jak wokal. Ogółem swoista, wyjątkowa muzyka oraz zespół. Muszę na koniec dodać, że album stał się klasykiem, więc warto go znać.
Moja ocena: 9/10.


***

piątek, 16 listopada 2012

Recenzja albumu Guns N' Roses "Appetite For Destruction"


01. Welcome To The Jungle
02. It's So Easy
03. Nightrain
04. Out Ta Get Me
05. Mr. Brownstone
06. Paradise City
07. My Michelle
08. Think About You
09. Sweet Child O' Mine
10. You're Crazy
11. Anything Goes
12. Rocket Queen

Guns N' Roses to (moim zdaniem) jeden z najlepszych zespołów rockowych w historii. Zespół został założony w 1985 i działa do teraz, ale obecnie jego skład jest, hmm... beznadziejny. Z oryginalnego składu został tylko wokalista, Axl Rose. Bez Slasha i reszty Gunsi nie istnieją. Nie wiem, dlaczego jeszcze nie zakończyli swojej działalności, po co to jeszcze ciągnąć. Oczywiście zespół w starym składzie [Axl Rose (za którym nie przepadam) - wokal, Slash - gitara prowadząca, Izzy Stradlin (którego lubię najbardziej) - gitara rytmiczna, Duff McKagan - gitara basowa, Steven Adler - perkusja] należy do moich ulubionych.
"Appetite For Destruction" [1987] to ich debiutancki krążek. Niedawno miałam na niego fazę, chociaż już mi przeszło, ale płyta nadal bardzo mi się podoba. Debiuty nie zawsze są dobre, ale "Appetite..." lubię najbardziej z całej ich dyskografii, bo ma w sobie to coś, co wyróżnia Gunsów.

Album otwiera Welcome To The Jungle - naprawdę dobry utwór o świetnym brzmieniu. Już na wstępie słychać, że chłopaki są zgrani i wszyscy razem się dopełniają. Piosenka świetna na początku, jak i na końcu, nie wspominając o jej całej, 4-minutowej świetności. Każdy instrument brzmi tutaj na swój sposób najlepiej. Dodam, że głos Axl'a może wkurzać, chociaż jest dobry. Drugi numer to It's So Easy. Tutaj głos Axl'a jest godny pochwały, bo koleś się nie drze. Jego wokal brzmi tutaj naprawdę genialnie. Utwór, o dziwo, ma wolniejsze partie. Cały kawałek jest świetny. Nightrain - początek utworu jest doskonały... nie. Cały utwór jest doskonały (chociaż zwrotki podobają mi się bardziej niż refren). Pominę jeden kawałek i przejdę do następnego. Mr. Brownstone - utwór tak genialny, doskonały i niesamowity, że aż nie sposób opisać go słowami. Po prostu trzeba posłuchać. Wstęp do tej piosenki jest rewelacyjny, a sam kawałek to coś wspaniałego. Ten tekst, ta melodia - oba strasznie wpadają w ucho. Autorami piosenki są Izzy i Slash, za co można im tylko dziękować i gratulować.
***
Następny utwór to Paradise City. Kolejny rewelacyjny numer. Trwa 6 minut, ale przesłuchanie go to świetne zagospodarowanie czasu. Brzmienie gitary i perkusji na początku to czad. Zwrotki i (trochę lepszy) refren brzmią genialnie, a w solówce pod koniec Slash przeszedł samego siebie. Teraz pominę dwa numery i przejdę od razu do jednego z największych hiciorów, czyli Sweet Child O' Mine. Początek tej genialnej piosenki odegrany na gitarze jest bardzo charakterystyczny. Ogółem Slash daje tutaj dowód, że jest solowym wymiataczem. Ale reszta zespołu również daje czadu.

Podsumowując, "Appetite..." to świetny debiut i (moim zdaniem) najlepszy krążek Gunsów. Zaprezentowali swój własny styl i brzmienie, co jak najbardziej wyszło na dobre dla muzyki rockowej. Na krążku jest kilka numerów, które trochę się zlewają lub które lubię mniej (Out Ta Get Me, My Michelle), ale ogólnie albumem można się bardzo zadowolić. A co do zespołu, to strasznie mi szkoda, że oryginalny skład nie utrzymał się do teraz... Np. taki Izzy był przy zakładaniu Gunsów, a opuścił zespół pierwszy.
Moja ocena: 8,5/10.

sobota, 13 października 2012

Recenzja albumu The Beatles "Please Please Me"



01. I Saw Her Standing There
02. Misery
03. Anna (Go To Him)
04. Chains
05. Boys
06. Ask Me Why
07. Please Please Me
08. Love Me Do
09. P.S. I Love You
10. Baby It's You
11. Do You Want To Know A Secret
12. A Taste of Honey
13. There's A Place
14. Twist And Shout

"Please Please Me" [1963] to debiutancki album legendarnych Beatlesów (skład grupy: John Lennon - wokal prowadzący, gitara rytmiczna, Paul McCartney - gitara basowa, wokal, George Harrison - gitara prowadząca, Ringo Starr - perkusja). Moje spotkanie z tą płytą było przypadkowe; po pierwszym przesłuchaniu nie mogłam się od niej oderwać i codziennie słuchałam jej przynajmniej raz. Album jest pierwszy na liście zespołu, z czasów kiedy wszyscy mieli identyczne fryzury, garniturki i z deczka sztywną postawę :)

Jak przy prawie każdej płycie bardziej spodobały mi się piosenki umieszczone na początku. Pierwszy kawałek, który spodobał mi się najbardziej (i pierwszy na krążku) to I Saw Her Standing There. Zaczyna się słowami Well, she was just seventeen, And you know what I meen (PL: Ona miała tylko siedemnaście lat, I wiesz, co mam na myśli). Piosenka w wykonaniu Paula (mam do niego duży sentyment), ma bardzo pozytywne brzmienie, jest energiczna i szkoda że taka krótka. Następny kawałek, czyli Misery ma zaledwie minutę i pół, ale szybko wzbudził moją sympatię. Oprócz przyjemnej melodii, tutaj również wpadło mi w ucho kilka linijek tekstu - prosty, a tak chwytliwy: I'm the kind of guy, Who never used to cry, The world is treating me bad misery (PL: Jestem typem faceta, Który nigdy nie płacze, Świat traktuje mnie źle). Anna (Go To Him) jest spokojniejsze od poprzednich numerów. Ja musiałam się trochę z tym osłuchać, żeby mi się spodobało, a teraz mogę szczerze powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych piosenek na tym krążku. Tu też mam kawałek tekstu, który przykuł moją uwagę: Every girl I've ever had, Breaks my heart and leaves me sad (PL: Każda dziewczyna, którą kiedykolwiek miałem, Łamie mi serce i zostawia smutnym). Tego typu proste teksty wpadają mi w ucho (i nie mogą wypaść) częściowo przez chwytliwą melodię. Następna piosenka, która przykuła moją uwagę to Boys - jest wesoła i energiczna. Podobają mi się w niej efektowne chórki. Ask Me Why to bardzo przyjemny kawałek o pozytywnym brzmieniu, który również zdobył moje uznanie. No i nie mogę pominąć genialnego w swojej prostocie Love Me Do - kawałek ma MEGA chwytliwą melodię i (w większości) bardzo, bardzo prosty tekst. Uwielbiam ten kawałek. Przejdę od razu do ostatniego utworu na płycie, czyli Twist And Shout - świetny, energiczny numer w wykonaniu zachrypniętego Lennona :)

"Please Please Me" to świetny album, obfity w pozytywne brzmienia. Piosenki łatwo wpadają w ucho i ciężko się ich pozbyć, ale to wcale nie jest minus. Beatlesów nie ma się czego czepiać, są świetni. Płytę polecam wszystkim. To już klasyka :)
Moja ocena: 10/10.


***
Misery [posłuchaj]
Love Me Do [posłuchaj]

piątek, 14 września 2012

Recenzja albumu The Doors "Waiting For The Sun"


01. Hello, I Love You
02. Love Street
03. Not To Touch The Earth
04. Summer's Almost Gone
05. Wintertime Love
06. The Unknown Soldier
07. Spanish Caravan
08. My Wild Love
09. We Could Be So Good Together
10. Yes, The River Knows
11. Five to One

"Waiting For The Sun" z 1968 to moja pierwsza płyta legendarnych Doorsów (ich trzeci album studyjny). Mniej więcej po 3-krotnym przesłuchaniu byłam zaprzyjaźniona z pierwszymi piosenkami. Twórczość zespołu może niektórym nie przypaść do gustu, ale mi się podoba. Amerykańska grupa prezentuje muzykę z gatunku psychedelic rock, jazz rock. Zespół tworzyli Jim Morrison [1943-1971 +] (wokal), Robby Krieger (gitara), Ray Manzarek (klawisze) i John Densmore (perkusja).

Pierwszym kawałkiem na krążku jest Hello, I Love You - tekst jest łatwy do zrozumienia, refren strasznie wpada w ucho; w tle wyraźnie słychać klawisze. Piosenka ogólnie jest świetna. Drugi numer to Love Street - mogę szczerze nazwać tą piosenkę piękną. Jest delikatna i dosyć spokojna. Przyporządkowuję ją do jazzowych. Na początku zrobiła na mnie największe wrażenie, bo ma swój charakter. Straszne podoba mi się tekst: She lives on Love Street, Lingers long on Love Street, She has a house and garden, I would like to see what happens (PL: Mieszka na Ulicy Miłości, Trwa na Ulicy Miłości, Ma dom i ogród, Chciałbym zobaczyć, co się tam dzieje). Not To Touch The Earth nie ma pozytywnego brzmienia, nawet może dołować, ale nie nazwę piosenki złą. Mniej więcej na środku słychać krótki wrzask Morrisona i groźną muzykę, a zaraz potem solówkę na gitarze.
Summer's Almost Gone można zaliczyć do tych bardziej jazzowych niż rokcowych numerów. Jest spokojne, a niekiedy wzruszające. Podobają mi się wersy When summer's gone, Where will we be (PL: Gdy lato przeminie, co z nami będzie?). To zabawne, że po piosence o takim przesłaniu, zamieszczono utwór Wintertime Love (Zimowa Miłość), który wyróżnia się dosyć pozytywnym brzmieniem. Jest krótki (1:56), ale efektowny. The Unknown Soldier nie zapadł mi tak bardzo w pamięć, w przeciwieństwie do swoich poprzedników. Spanish Caravan bardzo mi się podoba. Głos Jima jest przejmujący. My Wild Love jest ciekawą piosenką. Podoba mi się melodia, która cały czas się tu powtarza. Nie użyto w tym numerze instrumentów. We Could Be So Good Together to dość energiczna piosenka. Nie wyróżnia się tak bardzo, ale jest przyjemna. Yes, The River Knows to trochę dołujący numer, jeden z tych spokojnych. Ostatni kawałek Five to One jest szybszy niż poprzedni. W pierwszej połowie utworu słychać solówkę na gitarze.

Wolniejsze kawałki na krążku są przeplatane z szybszymi, co jest dużym plusem. Najbardziej podobają mi się piosenki z początku (Hello, I Love You, Love Street, Summer's Almost Gone), ale cała płyta jest ciekawa. Kawałki są utrzymane na wysokim poziomie, w podobnym stylu. Niektóre numery mogą wzruszyć, niektóre zdołować, ale w każdym porusza mnie głos Morrisona. Reszta zespołu również świetnie sobie poradziła.
Moja ocena: 9/10. Polecam!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Recenzja albumu Nirvany "Nevermind"



01. Smells Like Teen Spirit
02. In Bloom
03. Come As You Are
04. Breed
05. Lithium
06. Polly
07. Territorial Pissings
08. Drain You
09. Lounge Act
10. Stay Away
11. On A Plain
12. Something In The Way

Wszyscy chyba znają legendarną Nirvanę. "Nevermind" (1991)  to druga płyta zespołu, która przyniosła najwięcej rozgłosu i sławy. Muzyka Nirvany jest ogólnie dość ciężka i głośna, ale nie brak temu wszystkiemu melodii.

Pierwszy utwór to Smells Like Teen Spirit - najbardziej znana piosenka Nirvany. Ma dobre brzmienie, ale jeśli chodzi o słuchaczy, to jest pospolita. Niektórzy uważają się za fanów tego zespołu, znając tylko Teen Spirit, a ja tego nie popieram. Dwójka to In Bloom - na początku Kurt spokojnie śpiewa, a zaraz potem śpiew przeradza się w krzyk. Taki schemat (zwrotka - śpiew, refren - krzyk) jest typowy dla Nirvany. Potem mamy Come As You Are - chyba mój ulubiony kawałek z "Nevermind". Najpierw słyszymy bas, co jest miłym początkiem. Wokal - tutaj Kurt nie krzyczy aż tak bardzo, ale dobrze słychać jego chropowaty głos. Tekst piosenki zachwyca mnie swoją prostotą, bardzo mi się podoba. Czwórka to Breed - jest głośniejsza i szybsza od poprzedniej. Tutaj najbardziej podoba mi się refren. Następny utwór to Lithium - początek jest spokojny, zaczyna się słowami: I'm so happy, 'Cause today I found my friends, They're in my head (PL: Jestem tak szczęśliwy, Bo znalazłem moich przyjaciół, Są w mojej głowie). I pomiędzy spokojnie zaśpiewanymi zwrotkami słyszymy wrzask. Polly to niezwykle spokojna piosenka. Słyszymy tylko wokal i gitarę. Ma własną magię. Territorial Pissings - piosenka prawie w całości wykrzyczana; szybka i głośna. Drain You - utwór trochę wolniejszy od poprzedniego, Kurt już tak bardzo nie wrzeszczy. Dziewiątka to Lounge Act - przyjemna piosenka, również głośna, też ma swój klimat. Stay Away to szybki utwór; zwrotki są zaśpiewane, a refren wykrzyczany. On A Plain - jedna z klasycznych piosenek Nirvany. Ostatnie na krążku jest Something In The Way - Kurt napisał ten utwór będąc bezdomnym (był taki krótki okres w jego życiu). Piosenka bardzo mi się podoba; jest naprawdę spokojna.

Wokalista i gitarzysta Kurt Cobain (1967-1994 +) jest przykładem prawdziwego artysty. Jego piosenki są naprawdę szczere, z głębi serca. Basista Krist Novoselic jest świetny, a Dave Grohl jest najlepszym perkusistą, jakiego miała Nirvana. "Nevermind" to głośny, dosyć szybki album, który był odzwierciedleniem uczuć młodzieży lat 90 z problemami. Owa młodzież znalazła zrozumienie w muzyce Kurta, który również przeżył piekło będąc nastolatkiem.
Moja ocena: 10/10. Polecam!