Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pop. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Recenzja EP-ki Lany Del Rey "Paradise"


01. Ride
02. American
03. Cola
04. Body Electric
05. Blue Velvet
06. Gods & Monsters
07. Yayo
08. Bel Air

Lana Del Rey od początku swojej kariery potrafiła zrobić wokół siebie dużo szumu. Było o niej głośno raz za sprawą jakiegoś skandalu, drugim razem z powodu wspaniałego utworu. Kiedy wydała album "Born To Die", w muzycznym świecie zawrzało. Wszyscy, w tym ja, byli zachwyceni jej głosem, jej muzyką, nią samą. Ludzie chcieli więcej. Tym właśnie sposobem pod koniec 2012 roku światło dzienne ujrzał minialbum zatytułowany "Paradise".

Na początek zaserwowano słuchaczom nieco melancholijny, ale piękny utwór Ride, który brzmieniowo nie odbiega od kompozycji zaprezentowanych na "Born To Die". Oprócz samego utworu warto zapoznać się z ciekawym teledyskiem. Kolejny utwór, American, to delikatna kompozycja, w której trochę przeszkadza mi refren. Całość doceniłam dopiero po kilku przesłuchaniach. Cola to jeden z moich faworytów na "Paradise". Utwór jest zmysłowy, tajemniczy, o nieco niepokojącym klimacie. I gdyby nie to, że jestem nim tak oczarowana, może zwróciłabym większą uwagę na kontrowersyjny tekst. Pod koniec Elizabeth daje całkiem niezły popis swoich możliwości wokalnych, co jeszcze podnosi wartość nagrania. Body Electric to kolejny wspaniały utwór, który budzi we mnie mnóstwo emocji i jeszcze mocniej wpływa na wyobraźnię. To właśnie lubię w muzyce Lany. Oprócz ciekawego tekstu piosenka wyróżnia się niepokojącą, tajemniczą melodią i hipnotyzującym wokalem. Blue Velvet to cover znanego utworu z lat 50., który został nagrany przez Lanę na potrzeby reklamy jesiennej kolekcji H&M. Gods & Monsters to najcięższa piosenka wokalistki. Dlatego właśnie warto zwrócić uwagę na łagodzące dźwięki harfy i partie smyczków. Yayo to podrasowana kompozycja z repertuaru Del Rey, kiedy występowała pod pseudonimem Lizzy Grant. Utwór jest najdłuższy (5 minut), mimo to jest jednym z ciekawszych, bo jako jedyny został wykonany akustycznie. Wokal Lany brzmi bardzo zmysłowo, a idealnym dopełnieniem jest jazzowy podkład. EP-kę wieńczy podniosła ballada Bel Air, utwór o przejmującym, wręcz baśniowym brzmieniu.

Lana po raz kolejny uraczyła nas zbiorem kilku bardzo nastrojowych kompozycji. Wielkim plusem jej muzyki jest jej niski, zmysłowy wokal, który potrafi świetnie wykorzystać i zaczarować słuchacza. Utwory zawarte na "Paradise" wzbudzają emocje i poruszają wyobraźnię, przez co nie sposób się od nich oderwać, a tym bardziej o nich zapomnieć. Lanie nie zostało nic innego, jak tylko wydać kolejny album, na który czekam z niecierpliwością.
Moja ocena: 7/10.

czwartek, 7 listopada 2013

Recenzja albumu Jessie Ware "Devotion"


01. Devotion
02. Wildest Moments
03. Running
04. Still Love Me
05. No To Love
06. Night Light
07. Swan Song
08. Sweet Talk
09. 110 %
10. Taking In Water
11. Something Inside

Jessica Lois Ware, znana jako Jessie Ware, to brytyjska wokalistka, która w 2011 roku zadebiutowała singlem "Strangest Feelings", a w połowie zeszłego roku wydała swój pierwszy album "Devotion", który dzisiaj zrecenzuję. Magazyn Clash nazwał Jessie "brakującym ogniwem między Adele, SBTRKT i Sade". A więc przekonajmy się, co wokalistka ma nam do zaoferowania.

Album otwiera tytułowy utwór Devotion, który dobrze oddaje klimat płyty. Jest delikatny, a zarazem wyrazisty. Żeby piosenka w pełni do mnie dotarła, musiałam się z nią osłuchać, a potem z każdym kolejnym przesłuchaniem wyłapywałam nowe dźwięki. A jest ich naprawdę wiele. Następnie zaserwowano słuchaczom słynne Wildest Moments. Przyjemny, melodyjny, a przy tym bardzo chwytliwy utwór. Głos Jessie brzmi tutaj znakomicie. Lekko rockowe Running to jeden z bardziej energicznych kawałków na płycie, choć jest równie delikatny i kobiecy jak reszta, a pomimo wyraźnej perkusji i gitary elektrycznej, elegancki wokal Jessie idealnie się tutaj wpasowuje. W Still Love Me słychać o wiele więcej elektroniki, niż w poprzednich nagraniach, co oczywiście nie znaczy, że kawałek brzmi gorzej. Elektronika jest tutaj dobrana w idealnej dawce. Bo przecież co za dużo, to niezdrowo. W No To Love słychać wpływy hip-hopu. Jak widać, Jessie odnajduje się nawet w takich klimatach. Pod koniec piosenki słychać kilka linijek rapowanych przez Dave'a Okumu, jednego z producentów albumu. Night Light to jeden z bardziej popowych kawałków na płycie. Na tle innych jest dosyć energiczny. Głos Jessie brzmi tutaj bardzo przejmująco. I muszę wspomnieć o świetnych wstawkach smyczków na początku i na końcu nagrania. W elektronicznym Swan Song najbardziej podoba mi się refren, który wyróżnia się wśród spokojniejszych zwrotek. Sweet Talk to jeden z szybszych utworów, od którego bije pozytywna energia. 110 % wyróżnia się pokaźną dawką elektroniki i chwytliwą melodią. Pomimo, że Jessie śpiewa bardzo delikatnie i łagodnie, piosenka ma szybkie tempo, co razem sprawia niesamowite wrażenie. Taking In Water to spokojna ballada o ciekawej, pełnej metafor, warstwie tekstowej. Album wieńczy delikatny utwór Something Inside, niezwykle przyjemny dla ucha.

Pomimo tego, że przeczytałam wiele pozytywnych recenzji albumu, podchodziłam do niego sceptycznie, myśląc, że Jessie Ware to kolejna gwiazda pop, która najprawdopodobniej zniknie tak szybko jak się pojawiła. Jakże bardzo się pomyliłam! Jessie to nie tylko inteligentna, ale i piękna oraz utalentowana kobieta. Jej twórczość zawarta na "Devotion" to kawał świetnej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Nie potrafię wskazać gorszego momentu, a każdym utworem można się wręcz delektować. Myślę, że muzyka Jessie zachwyciłaby nawet najbardziej wymagających słuchaczy. A sama wokalistka na pewno nagra jeszcze niejeden świetny album.
Moja ocena: 9/10.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Recenzja albumu Bruno Marsa "Doo-Wops & Hooligans"


01. Grenade
02. Just The Way You Are
03. Our First Time
04. Runaway Baby
05. The Lazy Song
06. Marry You
07. Talking To The Moon
08. Liquor Store Blues Feat. Damian Marley
09. Count On Me
10. The Other Side Feat. Cee Lo Green & B.o.B

Nie mam wątpliwości co do tego, że wszyscy wiedzą, kim jest Peter Gene Hernandez, znany bardziej jako Bruno Mars. Zanim został wokalistą solowym, pisał piosenki dla innych wykonawców. Kilka lat temu, w 2010 roku wydał debiutancki album "Doo-Wops & Hooligans", dzięki czemu zrobiło się o nim głośno. Potem wszystko przycichło, aż Mars wydał drugi album, ale dzisiaj nie o tym.

Na początek zaserwowano słuchaczom singiel Grenade. Na początku podchodziłam do tego utworu sceptycznie, ale z każdym przesłuchaniem podobał mi się bardziej. Nie znaczy to jednak, że się nim zachwycam. Potem mamy kolejny singiel, Just The Way You Are. Piosenka w ogóle nie przypadła mi do gustu, jest zbyt ckliwa i przesłodzona. Kolejny utwór to Our First Time z elementami reggae. Kawałek jest spokojny, lekki i jak na moje oko jest jednym z lepszych na krążku. Runaway Baby i singiel The Lazy Song to moje ulubione utwory. Ten pierwszy jest najszybszy i najbardziej energiczny, ponadto jest chwytliwy w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie przynudza. Z kolei The Lazy Song to jak najbardziej "leniwa piosenka". Słyszymy tu gitarę akustyczną i efektowne chórki. Utwór bardzo przyjemny w odbiorze. Kolejny singiel, Marry You, może i da się posłuchać, ale, nie wiedzieć czemu, w ogóle go nie polubiłam. Talking To The Moon to dosyć dziwne nagranie, zbyt ckliwe, aczkolwiek da się słuchać. W Liquor Store Blues Marsowi partneruje Damian Marley. Słyszymy tu wyraźnie elementy reggae. Utwór jeden z lepszych. Count On Me jest po prostu kiepskie. Bez charakteru, nijakie. Przy nagrywaniu The Other Side Marsowi towarzyszyli Cee Lo Green i B.o.B. Całkiem dobre nagranie.

Nikt się nie zdziwi, jeśli napiszę, że Mars śpiewa o miłości, która jest już wyczerpanym tematem. Można się było tego spodziewać, bo przecież o czym innym można by pisać piosenki? Wokalista oczywiście nie wniósł do tematu nic nowego, więc mogę śmiało powiedzieć, że warstwa liryczna jest do niczego.

Album uzyskał w różnych krajach status złotej i platynowej płyty. Podbijał listy przebojów. Wszyscy się nim na zabój zachwycali. Ale czy słusznie? Trzeba przyznać, że połowa albumu to dobre utwory. Jednak druga połowa to nudne lub zbyt ckliwe piosenki o miłości, które jakoś nie pasują mi do wizerunku Marsa. Choć płyta ma wiele minusów, ma też plusy. Słuchanie jej nie było w sumie straconym czasem.
Moja ocena: 6/10.

wtorek, 21 maja 2013

Recenzja albumu Rihanny "Talk That Talk"


01. You Da One
02. Where Have You Been
03. We Found Love Feat. Calvin Harris
04. Talk That Talk Feat. Jay-Z
05. Cockiness (Love It)
06. Birthday Cake
07. We All Want Love
08. Drunk On Love
09. Roc Me Out
10. Watch N' Learn
11. Farewell

Rihannę zna każdy, więc chyba nie muszę jej szczegółowo przedstawiać. Wspomnę tylko, że od 2005 roku aż do teraz piosenkarka wydaje co roku jedną płytę, a jej piosenki bardzo szybko i w dużych ilościach zajmują najwyższe miejsca na listach przebojów. Dzisiaj zrecenzuję szósty album barbadoski, "Talk That Talk" [2011].

Album otwiera singlowa, dość osobliwa, jak dla mnie, piosenka You Da One. Jednak nie ocieka elektroniką, więc słucha się jej całkiem przyjemnie. Kolejny singiel to Where Have You Been. Dla tego numeru nie jestem już tak wyrozumiała - w moich oczach kawałek to jakieś nieporozumienie. Brzmi jak pierwsza lepsza popowa piosenka (biorąc pod uwagę dzisiejszy pop) i jak dla mnie nie wyróżnia się żadnym elementem. Kolejna piosenka i singiel to We Found Love, które spotkało się z wielkim zainteresowaniem słuchaczy. W studio towarzyszył Rihannie Calvin Harris, który również przyczynił się do powstania piosenki. Miliony ludzi zasłuchiwały się w We Found Love przez bardzo długi czas, stacje radiowe bez przerwy to puszczały, jednak oprócz tego, że piosenka jest bardzo chwytliwa, nie widzę powodu, by się nią zanadto interesować. Jak dla mnie jest zbyt banalna, a refren to powtarzanie w kółko tych samych słów. Kolejny utwór (i singiel) to Talk That Talk wykonane z Jayem-Z. Tu również nie widzę niczego oryginalnego. Następnie mamy Cockiness (Love It). Ciekawy, aczkolwiek moim zdaniem bardzo odpychający numer. Birthday Cake ma zaledwie minutę i pół, ale idealnie wpasowuje się w elektroniczny i nieco irytujący klimat płyty. Przy wolniejszym We All Want Love można odetchnąć od ociekających elektroniką kawałków. Potem mamy ciężkie przez wokal Rihanny Drunk On Love. Słychać, że piosenkarka słabo sobie tu poradziła. Skończę już opisywać utwory i przejdę do podsumowania.

Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego i bardziej przemyślanego. "Talk That Talk" nie zalicza się do albumów dobrych i przemyślanych, a tak się właśnie dzieje, kiedy dąży się do wydania jednej płyty co roku, a nie do tego, by pozostało coś w historii muzyki. Płyta niczym mnie nie zaskoczyła; gdybym jej nie przesłuchała, niczego bym nie straciła. Utwory są do siebie podobne, niczym się nie wyróżniają. Ilość elektroniki jest czasem irytująca, a o warstwie lirycznej wolałabym nawet nie wspominać, jednak napiszę, że jest ona żenująca i przewidywalna.
Moja ocena: 4/10.

wtorek, 7 maja 2013

Recenzja albumu Carly Rae Jepsen "Kiss"


01. Tiny Little Bows
02. This Kiss
03. Call Me Maybe
04. Curiosity
05. Good Time Feat. Owl City
06. More Than A Memory
07. Turn Me Up
08. Hurt So Good
09. Beautiful Feat. Justin Bieber
10. Tonight I'm Getting Over You
11. Guitar String / Wedding Ring
12. Your Heart Is A Muscle

Kanadyjska wokalistka, Carly Rae Jepsen, jest nam wszystkim doskonale znana ze swojego hitu Call Me Maybe, który, jakiś czas temu, słyszało się na każdym kroku. Często zastanawiałam się nad całym tym zamieszaniem stworzonym wokół Jepsen - przecież to tylko jedna piosenka (i to nie koniecznie dobra), więc po co robić z niej jakąś wielką gwiazdę. Ale przecież nie bez powodu istnieją specjaliści, którzy nie patrzą na wartość tego, co wypuszczają w obieg, tylko za ile pieniędzy można to sprzedać. W skrócie - mam wrażenie (może nawet trafne), że Jepsen jest jednym z "prodkutów" stworzonych przez masę producentów, którzy nie liczą się ze słuchaczami. A słuchaczy i fanów powinno się szanować, bo czymże byliby bez nich "artyści"? W każdym razie (nawet jeśli słuchanie tego krążka to masochizm) dzisiaj zrecenzuję drugi studyjny album Carly, "Kiss" [2012].

Pierwsza na krążku jest piosenka Tiny Little Bows. Naprawdę, chciałam podejść do tej płyty z pozytywnym nastawieniem, ale spodziewałam się czegoś lepszego. A więc pozytywne nastawienie mnie zawiodło, bo Tiny Little Bows jest już na mojej niepisanej liście "nie słuchaj nigdy więcej". Nie spodziewałam się, że sam początek będzie aż tak zły. Od dawna nie słyszałam czegoś tak plastikowego i sztucznego. Kolejny numer, This Kiss, prawie wcale nie różni się od pierwszego. Równie sztuczne i plastikowe, ale jeszcze bardziej irytujące. Trzecia piosenka [Boże! Kiedy koniec?!] to hitowe Call Me Maybe. Nie muszę chyba dokładnie opisywać tej porażki. Chwytliwa melodia i infantylny tekst. Widocznie Carly wraz z masą producentów nie kłopotali się, by chociaż ten utwór brzmiał co najmniej poprawnie. Kolejny numer to Curiosity. Czwarty raz słyszę ten sami bit. Niestety, to jeszcze nie koniec. Cóż, powinnam jakoś opisać tę piosenkę. Aczkolwiek byłoby to pozbawione jakiegokolwiek sensu, ponieważ numer nie różni się wcale od swoich poprzedników. Potem pojawia się utwór Good Time, gdzie do Jepsen dołączył Owl City. Ucieszyłam się bardzo, że chociaż na chwilę głos Carly zostanie zastąpiony jakimś męskim wokalem. Numer nie jest aż tak wkurzający, jak poprzednie, a więc nie ma aż tak złego wpływu na psychikę słuchacza. Jest znośny. Po nim następują trzy identyczne nagrania: More Than A Memory, Turn Me Up i Hurt So Good. Widać tu brak jakiejkolwiek inwencji twórczej. Podaruję sobie pisanie na ten temat, bo padłoby kilka niemiłych epitetów. Kolejny utwór to Beautiful z Justinem Bieberem. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek ucieszy mnie głos Biebera. A jednak stało się, wokal Biebera był nawet ulgą ze względu na niezbyt dobry wokal Carly. Ku mojemu zdziwieniu Beautiful rozpoczynają dźwięki gitary akustycznej. Nie spodziewałam się nawet chwilowego braku elektroniki, ale ten brak się pojawił, co podnosi wartość piosenki. Trzy ostatnie nagrania, Tonight I'm Getting Over You, Guitar String / Wedding Ring, Your Heart Is A Muscle, to już powrót do ciężkiej elektroniki. W tym ostatnim (najlepszym z tych trzech) pojawia się, o dziwo, fortepian, ale elektroniczny bit dalej tam jest, a może gdyby z niego zrezygnowano, piosenka jakoś by brzmiała.

Kiedy piosenkarka wydała tę płytę, miała 27 lat. Gdy wokalista jest w takim wieku, można od niego oczekiwać czegoś poważnego, ale Carly, z tego co widać, nie zalicza się do poważnych wokalistów. Ze względu na jej wiek, muzykę, którą przedstawia można określić jako bardzo infantylną. Nadmiar elektroniki sprawia, że każda piosenka się ze sobą zlewa, a w efekcie słuchamy cały czas tego samego utworu. Mam wrażenie, że 9 na 12 piosenek jest tylko po to, żeby wypełnić pustkę wokół Call Me Maybe, Good Time i Beautiful, z czego tylko tego ostatniego da się normalnie słuchać. Przesłodzona "muzyka" Carly to jakieś nieporozumienie, ponieważ sama piosenkarka nie wyróżnia się ani głosem ani pomysłowością.
Moja ocena: 2,5/10.

piątek, 8 marca 2013

Recenzja albumu One Direction "Take Me Home"


01. Live While We're Young
02. Kiss You
03. Little Things
04. C'mon, C'mon
05. Last First Kiss
06. Heart Attack
07. Rock Me
08. Change My Mind
09. I Would
10. Over Again
11. Back For You
12. They Don't Know About Us
13. Summer Love

Jak wiadomo, wiele nastolatek szaleje za, obecnie bardzo popularnym, brytyjsko-irlandzkim boysbandem - One Direction. Skład grupy to: Harry Styles, Liam Payne, Zayn Malik, Louis Tomlinson i Niall Horan. Wymienieni młodzieńcy zyskali sławę, zajmując trzecie miejsce w brytyjskiej edycji programu X Factor. Nie rozumiem, na czym polega cała ta faza na 1D. Ja ich widzę, jako zwykłych młodych ludzi, którym zachciało się sławy. A zatem ich muzyka nie może olśniewać, gdyż muzyką można nazwać tylko całą tą drugoplanową otoczkę wokół nich samych. Dzisiaj zrecenzuję ich drugi album, "Take Me Home" [2012]. Już od pewnego czasu jestem ciekawa, co ludzie w tym widzą i muszę mieć o tym własne zdanie.

Pierwszy utwór na krążku, i zarazem pierwszy singiel, został zatytułowany Live While We're Young. Można powiedzieć, że jest to przeciętna popowa piosenka, która została stworzona, żeby zarobić pieniądze. Kawałek ma chwytliwy refren, wesołą atmosferę. Nie słucha się go źle, ale mam takie odczucie, że jest strasznie sztuczny. No bo nie chce mi się wierzyć, że ci młodzieńcy (średnia wieku: 20 lat) są namiętnymi słuchaczami popu (biorąc pod uwagę dzisiejszy pop). Drugi utwór to Kiss You. Jest utrzymany w takim samym klimacie, jak poprzedzający go numer - równie wesoły i chwytliwy. Cóż, nie byłoby to zgodne z prawdą, gdybym powiedziała, że ich muzyka mi się podoba, ale "Kiss You" "toleruję bardziej" niż "Live...". Chociaż w sumie nie ma między obiema piosenkami dużych różnic, więc co tu dużo mówić. Następnie pojawia się akustyczna ballada Little Things, która w zamyśle autorów najprawdopodobniej miała być wzruszająca. Podoba mi się pewien szczegół, bo zaspokoił moją ciekawość, a mam na myśli to, że każdy z członków 1D śpiewa tutaj osobno i można przeanalizować głos każdego z nich. Ogólnie piosenka jest lekka i nie sprawia bólu podczas słuchania, czyli mogę zaliczyć ją jako jedną z tych pozytywnych. O kolejnej piosence, czyli C'mon, C'mon, nie będę się zbytnio rozpisywać, bo na razie nie mam ochoty używać niemiłych epitetów. I to samo dotyczy Last First Kiss i Heart Attack. Przejdę od razu do Rock Me, które chyba miało być jakąś inną wersją "We Will Rock You" zespołu Queen. Cóż, nie wyszło. Moją uwagę zwróciło głupiutkie I Would. Słuchając tego po raz pierwszy, moja brew powędrowała w górę, wyrażając w ten sposób zażenowanie. Więcej na temat tej piosenki nie powiem, bo tu również padłoby kilka nieprzyjemnych przymiotników. Mam dość i przejdę od razu do podsumowania.

Mamy tu klika ballad, przeważają jednak "wesolutkie", chwytliwe kawałki. Cały krążek jest moim zdaniem zbyt jednolity. Są oczywiście różnice między piosenkami, ale są one dość mało zauważalne. Album powstawał pod okiem dwunastu producentów i tekściarzy. Jaki jest efekt? Dosyć marny. Chłopcy z One Direction (a raczej cała masa wyżej wspomnianych ludzi) nie wykreowali własnego stylu. Ich "twórczość" jest przeciętna. A szkoda, że w muzyce nie poszli w trochę inne klimaty, bo oglądałam z nimi kilka wywiadów i nie są wcale tacy infantylni, na jakich mogą wyglądać. Jeśli uważają muzykę za swoje powołanie, to dobrze, że pracują w tej branży, ale w materiale, który od nich dostajemy jest za mało ich własnego wkładu w całą tą (niestety) zbyt "komercyjną breję".
Moja ocena: 4/10.

piątek, 22 lutego 2013

Recenzja albumu Jessie J "Who You Are"


01. Price Tag Feat. B.o.B
02. Nobody's Perfect
03. Abracadabra
04. Big White Room (Live)
05. Casualty Of Love
06. Rainbow
07. Who's Laughing Now
08. Do It Like A Dude
09. Mamma Knows Best
10. L.O.V.E.
11. Stand Up
12. I Need This
13. Who You Are

Jessie J, a właściwie Jessica Ellen Cornish, to brytyjska wokalistka, która swoją karierę zaczęła od pisania tekstów piosenek dla Justina Timberlake'a, Alicii Keys i Christiny Aguilery. Potem związała się z kilkoma wytwórniami i postanowiła wydać swój własny album. Nad debiutanckim krążkiem, "Who You Are" [2011], pracowała przez sześć lat. Tą właśnie płytę dzisiaj zrecenzuję. Ciekawe, czy sześcioletnia praca przyniosła dobry efekt...

Album otwiera singlowe Price Tag, gdzie do Jessie dołączył B.o.B. Piosenka jest bardzo chwytliwa, ale nie jest tak tandetna, jaka może się wydawać. Mówi o tym, że "pieniądze szczęścia nie dają". Cóż, cały tekst nie jest taki znowu bezsensowny. Po Price Tag chciało mi się słuchać dalej. Druga piosenka i kolejny singiel to Nobody's Perfect. Kawałek nie przypadł mi do gustu, może dlatego, że niczym się nie wyróżnia. Zwykły (zbyt przeciętny) popowy numer. Kolejny utwór to Abracadabra. To również można nazwać przeciętną popową piosenką, jednak jest bardzo przyjemna w odbiorze. Następnie mamy utwór Big White Room, który został umieszczony na płycie w wersji live. Fajny pomysł, ale utwór niczym mnie nie olśnił. Zwyczajna, można powiedzieć nijaka melodia, z gitarą akustyczną w tle. Może i słychać tu możliwości wokalne Jessie, ale utwór wyróżnia się na tle reszty tylko tym, że jest w wersji live. Następny utwór to podchodzące pod soul Casualty Of Love. Brzmienie piosenki zupełnie różni się od poprzednich czterech numerów. Słychać tutaj w tle fortepian, a pod koniec pojawiają się ciche chórki, co sprawia, że piosenka brzmi dość delikatnie. Nie znaczy to, że źle. Jest całkiem dobra. Kolejny numer, czyli Rainbow jest pół-rapowany. Właściwie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jeden z uciążliwych dla ucha wypełniaczy. Zaraz potem mamy jeden z singli, czyli przebojowe Who's Laughing Now. Piosenka jest niezwykle chwytliwa i jednocześnie da się jej słuchać (nie jak Kesha ;p). W pozytywnym sensie wyróżnia się spośród reszty. Następny utwór, również singiel, to Do It Like A Dude. Piosenka została napisana przez Jessie dla Rihanny, ale autorka postanowiła ją sobie zostawić. Utwór jest co najmniej dziwny. Wyobrażam sobie go w ustach Rihanny i uważam, że o wiele lepiej brzmiałby w wykonaniu barbadoski. Piosenka kojarzy mi się z czarnoskórym raperem i w ogóle nie pasuje mi do Jessie. Do It Like A Dude razem z Price Tag jest najważniejszym singlem i na pierwszym miejscu promuje płytę, co uważam za totalną pomyłkę. Skończę tutaj opisywanie utworów i przejdę do podsumowania.


Album "Who You Are" jest typowo popowy. Ma wszystko, czego potrzeba, by osiągnąć komercyjny sukces. Ale czy krążek jest wartościowy? Cóż, nie wniósł niczego do mojego życia ani nie zmienił moich poglądów na muzykę. Ogólnie słuchało się przyjemnie, ale uważam, że "Who You Are" to jednorazowa płyta. Kilka razy się przesłucha i dość szybko się nudzi. Kiepski wynik biorąc pod uwagę, że krążek był przygotowywany przez sześć lat...
Moja ocena: 6.5/10.

wtorek, 12 lutego 2013

Recenzja albumu LMFAO "Sorry for Party Rocking"


01. Rock The Beat II
02. Sorry For Party Rocking
03. Party Rock Anthem Feat. Lauren Bennett & GoonRock
04. Sexy And I Know It
05. Champagne Showers Feat. Natalia Kills
06. One Day
07. Take It To The Hole Feat. Busta Rhymes
08. Best Night Feat. will.i.am, GoonRock & Eva Simons
09. All Night Long Feat. Lisa
10. With You

Myślę, że wszyscy kojarzą LMFAO, ale tak dla przypomnienia dodam, że duet ten tworzą Redfoo i jego kuzyn, SkyBlu. LMFAO powstało w 2007 roku, a debiutancki krążek wydali w 2009. Dzisiaj opowiem o ich drugim albumie, czyli "Sorry for Party Rocking" [2011], dzięki któremu duet zyskał międzynarodową sławę. Dodam jeszcze, że kuzyni określili styl swojej muzyki "imprezowym rockiem". Jak na moje oko, z rockiem nie ma to nic wspólnego.

Album otwiera intro Rock The Beat II - muszę przyznać, że LMFAO "do twarzy" jest z tak uderzającą ilością elektroniki. Następnie mamy jeden z czterech singli, czyli Sorry For Party Rocking. Jest to jeden z najbardziej znanych i najbardziej rozpoznawalnych utworów duetu. Spełnia swoją rolę, czyli zachęca do dalszego przesłuchiwania płyty. Trójka to kolejny singiel i kolejny hit - Party Rock Anthem. Tutaj kuzynom towarzyszyli w studio Lauren Bennett i ich producent, GoonRock. Piosenka jest niezwykle chwytliwa i nawet mi, która bawi się w ogóle nie w tych klimatach, słuchanie jej sprawia przyjemność. Kolejny utwór to Sexy And I Know It - swego czasu kawałek zakotwiczył się w mózgach milionów ludzi. Jestem pewna, że duża część społeczeństwa miała taki moment, kiedy Sexy And I Know It uparcie siedziało w głowie. Cóż, piosenka jest bardzo chwytliwa, więc nie można było przejść koło niej obojętnie. Piąty kawałek i ostatni singiel to Champagne Showers, w którym do LMFAO dołączyła Natalia Kills. I znów piosenka, od której nie można się uwolnić ;). Szczerze, nie przepadam za muzyką, gdzie elektronika jest daniem głównym, ale LMFAO to zdecydowanie wyjątek. Tutaj w dużej mierze elektronika sprawia, że duet ma własny styl. A wyróżnianie się to moim zdaniem też ważna sprawa. Poza singlami następne, co wpadło mi w ucho to Take It To The Hole. Zwróciłam na to uwagę m.in. dlatego, że refren to ciągłe powtarzanie zdania "Take It To The Hole", ale też ze względu na "wciągającą", elektroniczną melodię w tle. Cóż, bardzo chwytliwe. Tutaj skończę opisywanie utworów i przejdę od razu do podsumowania.

Ogólnie "Sorry for Party Rocking" to udana płyta. Nie wniosła do mojego życia czegoś niezwykłego, ale dobrze się przy niej bawiłam. LMFAO wykreowali swój własny styl, a ich muzyce nie można odmówić przebojowości. Obawiam się jednak, że omawiany dzisiaj krążek nadaję się tylko na imprezy itp. No ale taka muzyka też jest światu potrzebna, a Redfoo i SkyBlu dobrze się w tych klimatach poruszają, więc efekt jest pozytywny.
Moja ocena: 6/10.

środa, 30 stycznia 2013

Recenzja albumu Ke$hy "Animal"


01. Your Love Is My Drug
02. Tik Tok
03. Take It Off
04. Kiss N Tell
05. Stephen
06. Blah Blah Blah Feat. 30H!3
07. Hungover
08. Party At A Rich Dude's House
09. Backstabber
10. Blind
11. Dinosaur
12. Dancing With Tears In My Eyes
13. Boots & Boys
14. Animal

A teraz coś z zupełnie innej beczki, czyli recenzja (debiutanckiej) płyty Ke$hy "Animal" [2010]. Sama nawet nie wiem, co mnie skłoniło do tak masochistycznego czynu, jak przesłuchanie jej płyty w całości. Podobno ten nowy krążek jest gorszy, ale dla mnie Kesha to Kesha, więc każda płyta jest taka sama. Cóż, ta wokalistka się nie rozwija, więc można się po niej spodziewać czegoś, co już było, albo czegoś jeszcze gorszego.

Pierwszy utwór na "Animal" to Your Love Is My Drug. Można powiedzieć, że to klasyczna popowa piosenka, biorąc pod uwagę dzisiejszy pop. Refren jest chwytliwy, a jakże, jednak dość drażniący. Dwójka to to nieszczęsne Tik Tok, do którego dwa lata temu przyczepiły się stacje radiowe. Przypuszczam, że to utwór, który najbardziej kojarzy się z Keshą. Piosenka jest znośna, przeciętna, i o wiele bardziej chwytliwa niż poprzednia. Co za komercja... Gdyby to jeszcze miało jakieś przesłanie, albo chociaż jakiś w miarę sensowny tekst... Czy to naprawdę zbyt wiele?... Ku mojemu zdumieniu Kesha brała udział w tworzeniu każdego numeru na "Animal". Myślałam, że to również robią za nią inni ludzie. Trzeci utwór i zarazem trzeci singiel to Take It Off. Zaczyna się nieprzyjemnie - za duża dawka elektroniki. Ale potem jest lepiej. Piosenka nie jest taka zła. Moim zdaniem najlepszy z czterech singli. Kiss N Tell... włączam... i mi się odechciewa. A podobno to punk jest męczącą muzyką... Tych, którzy tak sądzą zapraszam do posłuchania Kiss N Tell, a potem jeszcze kilku kawałków Keshy. W tym momencie mam ochotę krzyknąć "Co to jest?!". Jednak powstrzymam emocje i napiszę, co mi się nie podoba. Kiss N Tell brzmi strasznie plastikowo. Za dużo elektroniki, poza tym piosenka się niczym pozytywnym nie wyróżnia. Traktuję ją jako wypełniacz, więc nie warto poświęcać jej dużo uwagi. Kolejny kawałek to Stephen. Muszę przyznać, że przykuł moją uwagę. Piosenkę rozpoczyna Kesha z chórkiem. Na szczęście bez zbędnej elektroniki (która i tak pojawi się potem). Elektroniki nie ma tu tak dużo, jednak czepiam się treści tej piosenki. Tekst godny pożałowania. Szósty kawałek i ostatni singiel to Blah Blah Blah. Tutaj towarzyszy Keshy grupa 30H!3. Prawie wcale nie słychać obecności tego zespołu, więc w ogóle mogli sobie to podarować. Ogółem Blah Blah Blah to chwytliwy, lecz w gruncie rzeczy przeciętny kawałek. Nie będę rozpisywać się na temat reszty piosenek, bo są bardzo podobne.

Podsumowując, album "Animal" nie jest świetny, ale też nie jest najgorszy. Jest kilka piosenek, których da się słuchać ("Take It Off", "Stephen"), ale przeważają te ledwo znośne ("Your Love Is My Drug", "Kiss N Tell"). Album jest przeciętny (o ile nie gorszy). Da się przesłuchać cały od początku do końca, chociaż są momenty, w których przydałoby się wyłączyć odtwarzacz. W muzyce Keshy widać wyraźny przerost formy nad treścią. Za dużo tutaj elektroniki, która jest "daniem głównym", a nie ozdobnikiem. Można było jeszcze trochę popracować nad treścią piosenek, bo teksty, które są tutaj zaprezentowane są godne pożałowania. Ogólnie twórczość Keshy jest dość infantylna, więc co to dużo mówić.
Moja ocena: 3/10.

czwartek, 27 grudnia 2012

Recenzja albumu Michaela Jacksona "Thriller"


01. Wanna Be Startin' Somethin'
02. Baby Be Mine
03. The Girl Is Mine Feat. Paul McCartney
04. Thriller
05. Beat It
06. Billie Jean
07. Human Nature
08. P.Y.T. (Pretty Young Thing)
09. The Lady In My Life

Michaela Jacksona nie bez powodu nazwano Królem Popu. Nie muszę go chyba szczegółowo przedstawiać. Był bez wątpienia artystą, a jego twórczość urzekła miliony słuchaczy. Jego muzyka nie była pustym popem i za to właśnie go podziwiam. Niestety od 2009 roku nie ma go już z nami."Thriller" [1982], o którym dzisiaj opowiem, to jego szósty album.

Moim zdaniem Wanna Be Startin' Somethin' to rewelacyjny początek albumu, bo kawałek jest pozytywny, dynamiczny i krótko mówiąc genialny. Melodia jest fantastyczna, i nie mogę nie wspomnieć o bicie, który brzmi cudownie i jest w utworze idealnym dopełnieniem. Ogółem "Wanna Be..." to jedna z moich ulubionych, a może nawet ulubiona piosenka Michaela. The Girl Is Mine to bardzo przyjemny utwór, w którym Jacksonowi towarzyszy Paul McCartney. Piosenka od samego początku wzbudziła moje zainteresowanie, głównie dlatego, że uwielbiam McCartneya. Ale wracając do samego utworu, obaj wykonawcy świetnie razem brzmią. Tytułowy utwór Thriller to coś niesamowitego. Kawałek ma tajemniczy klimat, ale biorąc pod uwagę samą muzykę: melodię itd., brzmi pozytywnie. Z resztą nie muszę go tak szczegółowo opisywać, bo każdy go zna. Beat It jest dosyć mocnym kawałkiem, a w drugiej połowie została odegrana ciekawa solówka na gitarze. Bardzo energiczna piosenka, która bardzo wpada w ucho. Kolejną perełką jest Billie Jean. O kawałku potrafię powiedzieć tylko tyle, że jest świetny i, tak jak poprzedni utwór, może godzinami siedzieć w głowie. Human Nature to przyjemna odmiana po kilku energicznych piosenkach. Utwór jest lekki i spokojny. P.Y.T. (Pretty Young Thing) to bardzo przyjemny, energiczny kawałek, a zaraz po nim album zamyka bardzo ładna ballada The Lady In My Life.

Doszłam do wniosku, że "Thriller" to album dopracowany w 100 %, wręcz idealny. Myślę, że ludzie za kilkadziesiąt lat o nim nie zapomną. Każdy utwór się czymś wyróżnia, choć we wszystkich jest zachowany styl Michaela. Dużym plusem jest to, że na krążku znajduje się kilka ballad, bo dzięki temu jest jeszcze bardziej różnorodnie. Poza tym, doskonałym dopełnieniem jest specyficzny głos Króla.
Moja ocena: 10/10.

piątek, 9 listopada 2012

Recenzja albumu Dionne Bromfield "Good For The Soul"


01. Yeah Right Feat. Diggy Simmons
02. Good For The Soul
03. Sweetest Thing
04. Foolin' Feat. Lil Twist
05. Too Soon To Call It Love
06. Ouch That Hurt
07. If That's The Way You Wanna Play
08. A Little Love
09. Time Will Tell
10. Get Over It
11. Remember Our Love
12. In Your Own World
13. Don't Make It True
14. Move A Little Faster
15. Spinnin' Feat. Tinchy Stryder

Chrześnica Amy Winehouse, Dionne Bromfield zadebiutowała swoją płytą "Introducing Dionne Bromfield" w wieku trzynastu lat, a będąc piętnastolatką wydała swój drugi profesjonalny album "Good For The Soul" [2011], o którym dzisiaj opowiem.

Piosenką otwierającą album jest Yeah Right, w której  Dionne towarzyszy Diggy Simmons. Przy pierwszym przesłuchiwaniu od razu zwróciłam uwagę na głos Dionne i muszę przyznać, że jak na młody wiek, wokal ma naprawdę dobry, chociaż czasem "młoda" zbytnio miałczy. Wracając do samej piosenki, podoba mi się, bo jest przyjemna w odbiorze. W drugiej połowie utworu wchodzi Diggy i zaczyna rapować. Ogólnie całkiem przyjemne połączenie, które pojawi się jeszcze nie raz na tym krążku - mam na myśli dosyć częste towarzystwo młodych, czarnoskórych raperów. Good For The Soul to delikatny i lekki kawałek, który dosyć mnie zaskoczył, bo nie spodziewałam się po Dionne takiego klimatu. Sweetest Thing jest poprawne. Taki zwykły popowy utwór. Foolin' jest drugim singlem z omawianej płyty. Tutaj Dionne towarzyszy Lil Twist. Piosenka zaczyna się od jednego z moich ulubionych soulowych bitów, a kiedy wchodzi Dionne, jej głos jest spokojny i delikatny. Podoba mi się, że przy refrenie słychać w tle sekcję dętą. Foolin' zawsze kojarzyło mi się z Yeah Right, ale to dwie zupełnie różne piosenki. Too Soon To Call It Love to spokojna i lekka piosenka z bardzo udanym, delikatnym refrenem. Ogółem przyjemny numer. W Ouch That Hurt zaskoczyła mnie solówka na gitarze, a sama piosenka jest zwykła. Uważam, że w If That's The Way You Wanna Play refren trochę kuleje, bo nie za bardzo pasuje do reszty, ale to tylko moja subiektywna opinia. A Little Love jest energiczne i pozytywne, ale jest zwyczajne, więc nie będę tego opisywać ze szczegółami. W Time Will Tell słychać lekki klimat reggae. Piosenka ogólnie udana; jest jedną z tych wyróżniających się na tym krążku. Get Over It, Remember Our Love, In Your Own World  i Don't Make It True nie zrobiły na mnie wrażenia, więc przejdę dalej. Move A Little Faster to energiczna i dosyć ciekawa piosenka. Podoba mi się, bo nie jest nijaka. Spinnin' z Tinchy'm Stryder'em wyszło naprawdę dobrze. W ogóle nie moje klimaty, ale nie potrafię tego nie lubić. Po prostu piosenka jest przyjemna, a Dionne i Tinchy dobrze razem brzmią.

Dionne jest jeszcze młoda, więc nie będę się czepiać jakichś niedociągnięć. Uważam, że Bromfield dobrze brzmi w towarzystwie raperów i na szczęście na płycie są trzy takie duety. "Good For The Soul" to przyjemna w odbiorze mieszanka popu i soulu. Utwory nie są wybitne i brakuje im trochę dojrzałości oraz własnego stylu Dionne, ale dojrzałość i wyrobienie stylu przyjdą z czasem. Kiedyś na pewno Bromfield znajdzie więcej inspiracji i dopracuje swoje brzmienie, a wtedy krążki będą wychodziły świetne.
Moja ocena: 6,5/10.

piątek, 26 października 2012

Recenzja albumu Lany Del Rey "Born To Die"


01. Born To Die
02. Off To The Races
03. Blue Jeans
04. Video Games
05. Diet Mountain Dew
06. National Anthem
07. Dark Paradise
08. Radio
09. Carmen
10. Million Dollar Man
11. Summertime Sadness
12. This Is What Makes Us Girls

Lana Del Rey, czyli w rzeczywistości Elizabeth Grant zdobyła rozgłos dzięki swojemu singlowi "Video Games", który w dużym stopniu zachwycił słuchaczy. Wokół Lany wybuchło kilka skandali dotyczących m.in. utajenia faktu, iż jej ojciec jest milionerem. Przez te wszystkie plotki (a może fakty?) amerykanka wydała mi się sztuczna, jak taka lalka w rękach odpowiednich ludzi. Po przesłuchaniu "Born To Die" [2012] nabrałam do wokalistki respektu. Muszę się przyznać, że kiedy pierwszy raz usłyszałam w radiu "Video Games" strasznie mnie to nudziło, ale po bliższym zapoznaniu się z tą muzyką, bardzo mi się spodobała.

Album otwiera utwór Born To Die, który oddaje atmosferę krążka. Sam kawałek jest jednym z lepszych.  Hip-hopowe Off To The Races podoba mi się mniej, bo uważam, że nie bardzo pasuje do reszty utworów. Za to Blue Jeans jest bardzo tajemnicze i klimatyczne. Video Games bardzo mi się podoba; piosenka jest wręcz magiczna, lecz brzmienie ma melancholijne, dlatego nie odbiłoby się to dobrze na mojej psychice, gdybym słuchała tego na okrągło, chociaż piosenka jest naprawdę świetna. Diet Mountain Dew jest niezwykle chwytliwe i bardzo przyjemnie się tego słucha. National Anthem, czyli hymn do pieniędzy, również bardzo mi się podoba. Dark Paradise nie zapadło mi w pamięć, powiem tylko, że jest to ciekawy kawałek. Radio, o pozytywnym brzmieniu, to pierwsza piosenka Lany, którą polubiłam, a teraz jest moją ulubioną na krążku. Refren chodził mi po głowie przez kilka dni od pierwszego przesłuchania. Carmen jest ciekawym, choć dziwnym utworem. Million Dollar Man jest po prostu przyjemne. Summertime Sadness to jeden z moich ulubionych utworów - ma niezwykły klimat. Jeśli chodzi o This Is What Makes Us Girls to bardzo podoba mi się tekst, chociaż ogólnie piosenka nie jest jakoś super specyficzna.

Teksty piosenek są oczywiście o miłości; dosyć oklepany temat, ale taka tematyka pasuje do czarującego, niskiego głosu Lany i brzmienia, jakie wykreowała. Wszystkie utwory są jej autorstwa (z małą pomocą kilku innych kompozytorów).
Reasumując, album składa się z bardzo tajemniczych i nastrojowych utworów. Jak na mój gust, bardzo dobry krążek. Jedyną piosenką, która nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia jest Off To The Races - płyta napewno nie straciłaby na wartości, gdyby numer nie został na niej umieszczony.
Moja ocena: 9/10.

piątek, 5 października 2012

Recenzja albumu Britney Spears "Femme Fatale"


01. Till the World Ends
02. Hold It Against Me
03. Inside Out
04. I Wanna Go
05. How I Roll
06. (Drop Dead) Beautiful Feat. Sabi
07. Seal It With A Kiss
08. Big Fat Bass Feat. will.i.am
09. Trouble For Me
10. Trip To Your Heart
11. Gasoline
12. Criminal

Britney Spears nigdy nie kojarzyła mi się z dobrą muzyką, zawsze omijałam ją szerokim łukiem. Teraz również nie interesują mnie jej poczynania, ale chętnie przyjrzę się i ocenię "Femme Fatale" [2011]. Od razu powiem, że nie mogę porównać tego krążka z jej poprzednimi, bo ich nie znam.

Z tego co wiem żaden z utworów nie jest autorstwa Spears. Szczerze mówiąc zdziwiło mnie to, bo myślałam, że piosenkarka jest w stanie zaśpiewać to, co sama stworzy, ale widać nie podjęła tego trudu. Nie pochwalam takiego działania, a mam na myśli to, że na płycie przydałby się chociaż jeden kawałek, który w pełni jest dziełem wykonawcy.

Zacznę od singli: Till the World Ends, Hold It Against Me, I Wanna Go i Criminal. "Till..." to energiczna piosenka z dużą ilością elektroniki. Czasami aż chce mi się przy tym skakać. Ogólnie nie przepadam za tego typu muzyką, ale w kategorii "pop" ten kawałek postawiłabym wysoko. Moim zdaniem zachęca do dalszego przesłuchiwania albumu. "Hold It..." podoba mi się już mniej niż poprzedni numer. Zwrotki są dosyć szybkie, a refren wolniejszy. Taki schemat jakoś mi tutaj nie pasuje. I Wanna Go jest piosenką, która najbardziej kojarzy mi się z tym krążkiem, ale nie podoba mi się. Mam wrażenie, że głos Britney jest tutaj przekształcony do granic możliwości. Raczej nie jest plusem, że piosenka bardzo, bardzo wpada w ucho. Criminal również nie przypadło mi do gustu, głównie ze względu na melodię.
Inside Out wydaje mi się strasznie nijakie. Nie potrafię tego opisać. How I Roll wydaje mi się tak puste jak poprzedni numer. Big Fat Bass Feat. will.i.am - początek jest nawet śmieszny... z resztą jak cała piosenka.

Podaruję sobie opisywanie każdej piosenki, bo tekst byłby jednolity - używałabym tylko przymiotników typu "nijakie", "puste", "plastikowe" itp. Nie chcę podważyć niczyjego zdania, ale ja ledwo co wytrzymałam do końca płyty. Słuchając, miałam wrażenie (np. przy Inside Out, How I Roll, (Drop Dead) Beautiful Feat. Sabi, Seal It With A Kiss, Trouble For Me) że ciągle leci to samo. Płyta może nie jest nudna, ale zależy też od słuchacza, bo ja czegoś takiego nie trawię.
Moja ocena: 4/10.

niedziela, 9 września 2012

Recenzja albumu Kimbry "Vows"


01. Settle Down
02. Something In The Way You Are
03. Cameo Lover
04. Two Way Street
05. Old Flame
06. Good Intent
07. Plain Gold Ring
08. Come Into My Head
09. Sally I Can See You
10. Posse
11. Home
12. The Build Up
13. Warrior

Pierwszy raz usłyszałam Kimbrę w duecie z Gotye - "Somebody That I Used To Know". A co Nowozelandka jest w stanie nam pokazać sama? Okazuje się, że całkiem sporo.
Ma 22 lata, ale już odniosła duży sukces. Na początku jej płyta była dostępna tylko w Nowej Zelandii i Australii, ale dobrze, że krążek trafił na półki również w Europie.
Gatunek, jaki prezentuje Kimbra to mieszanka popu i soulu z dodatkiem elektronicznych brzmień. Ciekawe połączenie, a dopełnieniem jest głos młodej wokalistki o ciekawej barwie.
Pierwszy kawałek to Settle Down, jeden z moich ulubionych. Ma ciekawy początek, chwytliwą melodię, a szczególnie świetnie brzmią zwrotki. W ucho wpada również taneczne i energiczne Cameo Lover. Następny kawałek to Two Way Street o pozytywnym brzmieniu.
Następny utwór, który zwrócił moją uwagę to Good Intent. Jest ciekawym połączeniem popu i soulu z jazzowymi partiami. Za to w Come Into My Head elektronika nie jest tak ograniczona. Ogólnie piosenka jest obfita w przeróżne dźwięki.
"Vows" to bardzo oryginalny album. Wszystkie piosenki trzymają wysoki poziom. Jeśli debiut tak dobrze się prezentuje, następny krążek na pewno będzie równie ciekawy.
Moja ocena: 9/10. Polecam!

czwartek, 30 sierpnia 2012

Recenzja albumu Rihanny "Loud"


01. S&M
02. What's My Name? Feat. Drake
03. Cheers (Drink To That)
04. Fading
05. Only Girl (In The World)
06. California King Bed
07. Man Down
08. Raining Men Feat. Nicki Minaj
09. Complicated
10. Skin
11. Love The Way You Lie (Part II) Feat. Eminem

"Loud" to piąty krążek barbadoskiej piosenkarki. To co tworzy Rihanna to nie moje klimaty, ale poprzedni album był całkiem ok. Dużym plusem jest głos wokalistki, bo nie jest taki pospolity jak np. u Britney Spears.

Pierwszym kawałkiem na płycie jest S&M. Piosenka nie przypadła mi do gustu, a wręcz trudno mi się jej słucha. Ten tekst mnie dobija i zdecydowanie za dużo w nim Come on, come on, Na na na - taki plastik. Jeśli ktoś lubi sobie potańczyć to S&M jest ok, ale tak żeby tego normalnie słuchać to słabo. Dwójka to What's My Name?, gdzie Rihannie towarzyszy Drake. Uważam to za udany duet. Całkiem przyjemnie się ich słucha, kawałek ma pozytywne brzmienie. Cheers (Drink To That) zalicza się do spokojniejszych piosenek na "Loud". Taka dosyć lekka. W Fading nie zauważyłam niczego szczególnego. Nie wyróżnia się. Za to Only Girl (In The World) jest moją ulubioną piosenką na tym krążku. Ma ten popowy bit, ale ma też melodię, która odróżnia ten kawałek od innych. California King Bed jest najwolniejsze, najspokojniejsze i chyba najprzyjemniejsze dla ucha. Piosenka Man Down osiągnęła afroamerykańskie brzmienie i ogólnie dobrze wyszło. Raining Men to duet z Nicki Minaj. Żwawy kawałek. Nie przepadam za Nicki Minaj, bo jest żywym kolorowym plastikiem, ale tutaj pasuje. Complicated i Skin nie mają w sobie niczego specjalnego, a po przesłuchaniu płyty zapewne od razu się o nich zapomni. Love The Way You Lie (Part II) jest prawie takie samo jak Love The Way You Lie Part I, tylko w II jest więcej Rihanny niż Eminema.

Słuchając "Loud" nie odczuwałam jakichkolwiek emocji, ale się tego spodziewałam, bo jakie emocje może wzbudzić tego typu pop? Może tylko wpaść w ucho na jakiś czas. Dużym plusem jest wokal Rihanny, bo nie jest nudno, chociaż zależy też od piosenki.
Moja ocena: 6/10.

piątek, 24 sierpnia 2012

Recenzja albumu Dido "Life For Rent"


01. White Flag
02. Stoned
03. Life for Rent
04. Mary's in India
05. See You When You're 40
06. Don't Leave Home
07. Who Makes You Feel
08. Sand in My Shoes
09. Do You Have a Little Time
10. This Land Is Mine
11. See the Sun

Brytyjska wokalistka Dido zyskała sławę dzięki singlowi "Thank You" [2001] z jej pierwszego albumu, "No Angel". Potem w szybkim tempie jej kariera stawała się coraz bardziej owocna - nagrała utwory do kliku filmów, a zaraz potem wydała drugą płytę - "Life For Rent" [2003]. Krążek jakiś czas temu wpadł i w ręce i od tamtej pory nie mogę się od niego oderwać.

Album otwiera utwór White Flag - jest to dobry początek, lekka i przyjemna piosenka. Nagranie dobrze odzwierciedla klimat płyty. Muszę dodać, że Dido ma miły, wręcz kojący głos. Następny utwór to Stoned. Jest szybszy od poprzedniego. Na początku słyszymy mocniejszy beat, ale to niczego nie zmienia, bo piosenka i tak jest lekka. Trójka to Life For Rent, tytułowy utwór. Zaczyna się, trwa i kończy spokojnie. Wokal i fortepian, potem gitara akustyczna i za chwilę wchodzi perkusja. Utwór jest bardzo chwytliwy. Mary's in India to kolejna spokojna i przyjemna piosenka. See You When You're 40 rozpoczyna delikatny beat. Utwór nie różni się od innych - jest tak samo subtelny. Następny utwór to Don't Leave Home - Dido ma tu wyrazisty, choć nadal łagodny głos. Refren piosenki wpada w ucho. Siódemka to Who Makes You Feel. Zaczyna się trochę inaczej niż poprzednie utwory. Ogólnie bardzo mi się podoba i tutaj refren również wpada w ucho. I nadszedł czas na piosenkę, za którą szalałam najbardziej, czyli Sand in My Shoes. Z całej płyty właśnie ten utwór najbardziej przypadł mi do gustu. Powiedziałabym, że jest jednym z szybszych. Dziewiątka to Do You Have a Little Time. Raczej nie jest wesołą piosenką, chociaż też można się przy niej zrelaksować. Następnie mamy This Land Is Mine - zaczyna się bardzo pozytywnie. Cała piosenka jest przyjemna i lekka. Album kończy pięciominutowe See the Sun. Na płycie jest również ukryty utwór, Closer, poprzedzany dwuminutową ciszą.

Recenzja nie wyszła dokładnie tak, jak chciałam, ale grunt, że coś wyskrobałam. Wiem, że wiele razy przy opisach tych piosenek użyłam słów "przyjemny", "lekki", "spokojny", "delikatny", ale uważam, że to najlepsze słowa, żeby określić ten album. Dodam jeszcze, że jest klimatyczny i można się przy nim zrelaksować. Głos Dido jest delikatny, ale wyrazisty, co jest świetnym dopełnieniem.
Moja ocena: 8/10. Polecam!
***