Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2013

Recenzja albumu Rage Against The Machine "Rage Against The Machine"



01. Bombtrack
02. Killing In The Name
03. Take The Power Back
04. Settle For Nothing
05. Bullet In The Head
06. Know Your Enemy
07. Wake Up
08. Fistful Of Steel
09. Township Rebellion
10. Freedom

Pewnie niewielu z was mówi coś nazwa Rage Against The Machine. Jest to amerykański zespół, który w latach 90. był jedną z najważniejszych grup rapcore'owych. Muzyka RATM to zręczna mieszanka rapu, hard rocka, metalu i funku. W skład grupy wchodzą: Zack de la Rocha (wokal), Tom Morello (gitara), Brad Wilk (perkusja), Tim Commerford (gitara basowa). Dzisiaj zrecenzuję debiutancki album zespołu, "Rage Against The Machine" [1992].

Album otwiera wybuchowy utwór Bombtrack, który świetnie oddaje klimat płyty. Od razu rzuca się w oczy, a raczej w uszy, charakterystyczny głos Zacka de la Rochy, który idealnie dopełnia melodię. Moją uwagę przykuła również pewność, z jaką zespół posługuje się instrumentami; w efekcie otrzymujemy bardzo solidne brzmienie. Dzięki Killing In The Name poznałam RATM, więc jest to dla mnie najbardziej sentymentalna piosenka. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten utwór, zaskoczyła mnie agresja, z jaką kawałek został zaśpiewany. Bardzo mocne, solidne brzmienie. Aż napełnia słuchacza buntowniczą energią. Wbrew pozorom utwór jest bardzo chwytliwy, a refren jest naprawdę niesamowity. Take The Power Back zaczyna się spokojnie, niepozornie, a potem następuje wybuch melodii. Utwór brzmi nieco pozytywniej niż poprzedni, aczkolwiek jest równie buntowniczy. Settle For Nothing wyróżnia się na tle innych. Na początku utworu wokalista spokojnie mówi, co jest do niego w ogóle niepodobne, potem dopiero zaczyna wrzeszczeć, jak na niego przystało. Settle For Nothing to bardzo specyficzny utwór, nie tylko ze względu na inne wykorzystanie wokalu, ale też ze względu na brak powtarzającej się melodii w systemie zwrotka-refren. Razem z Killing In The Name, Bullet In The Head to moje ulubione utwory. Kawałek zawiera elementy funku, co brzmi naprawdę zniewalająco. Jakby tego było mało, utwór jest jeszcze bardzo chwytliwy. Gitara brzmi tutaj rewelacyjnie, a wokal jest naprawdę godny uwagi. Pod koniec słychać szept de la Rochy, a za chwilę wokalista zaskakuje słuchacza agresywnymi, buntowniczymi krzykami. Know Your Enemy, piosenka jedna z moich ulubionych, również ma funkowy posmak, jednak tylko na początku, bo funkowe elementy zaraz zamienione są na mocniejsze akcenty. W połowie utworu muzycy zaczynają szeptać, co w efekcie brzmi doskonale. Ponadto kawałek jest bardzo chwytliwy. Przejdę od razu do ostatniego utworu. Freedom to ciekawe nagranie - kilkakrotnie zmienia się w nim melodia. Wokalista raczy tutaj słuchaczy bardzo agresywnymi okrzykami, godnymi Kurta Cobaina. Utwór to dobre zwieńczenie albumu.


Album "Rage Against The Machine" zmienił nieco moje zdanie na temat muzyki, a mam na myśli to, że poszerzył moje pojęcie o muzyce rockowej. Wniósł też dużo świeżości do muzyki, której słucham na co dzień. Zespół pokazał na co go stać, a wynika z tego, że na bardzo wiele. Wokalista klnie jak szewc, ale muszę przyznać, że ten element naprawdę tu pasuje. Z ich muzyki wylewa się energia, nie da się spokojnie siedzieć. Dla ich brzmienia charakterystyczny jest również bunt. Teksty nie są płytkie - najczęściej poruszają tematy polityczne. Treść robi jeszcze większe wrażenie, kiedy zostaje wykrzyczana przez de la Rochę. Ogólnie rzecz biorąc, album jest naprawdę imponujący i warty przesłuchania. Po tak mocnym debiucie z chęcią sięgnę po kolejne płyty zespołu.
Moja ocena: 10/10.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Recenzja albumu Aerosmith "Aerosmith"


01. Make It
02. Somebody
03. Dream On
04. One Way Street
05. Mama Kin
06. Write Me A Letter
07. Movin' Out
08. Walkin' The Dog

"Aerosmith" [1973] to debiutancki album legendarnego, jak na moje oko, zespołu Aerosmith. W skład grupy wchodzą: Steven Tyler (wokal), Joe Perry (gitara prowadząca), Tom Hamilton (gitara basowa), Joey Kramer (perkusja) i Brad Whitford (gitara rytmiczna). Płyta, o której dzisiaj opowiem, jest dosyć krótka - tylko osiem utworów - jednak bardzo przypadła mi do gustu.

Pierwszy na krążku jest utwór Make It. Po pierwszym jego przesłuchaniu nie wydawał mi się wyjątkowy; brzmiał jak najzwyklejszy rockowy kawałek. Jednak kiedy się z nim osłuchałam, bardzo często gościł na mojej playliście. Szczególnie podoba mi się refren. Kiedy tylko włączyłam płytę, od razu zwróciłam uwagę na głos Tylera, który nie był jeszcze tak "zadymiony" i chropowaty jak obecnie. Ale głos Tylera to głos Tylera, a więc zawsze będzie brzmiał genialnie. Kolejny utwór nosi tytuł Somebody. Bardzo pozytywny kawałek. Stylistyką nie różni się od pierwszego. Pomimo, że jest dość zwyczajny, słuchanie go sprawia mi niemałą przyjemność. Następnie mamy legendarne już Dream On. Na wstępie słychać gitarę, fortepian i skrzypce - imponująca różnorodność instrumentów (jak na Aerosmith z pierwszego krążka). Potem wchodzi, o dziwo, delikatny głos Tylera, a zaraz potem dochodzi reszta instrumentów. Już po pierwszym przesłuchaniu kawałek mnie oczarował, a wręcz powalił na kolana. Cały utwór jest naprawdę genialny, nie mówiąc już o refrenie. Kolejny utwór to bluesowe siedmiominutowe One Way Street.  Zazwyczaj tak długie piosenki mają tendencję do zanudzania słuchacza, jednak One Way Street pod żadnym względem się do nich nie zalicza. Słychać tutaj harmonijkę ustną, w przyszłości charakterystyczną dla Aerosmith. Pod koniec melodia się nieco zmienia, a efekt jest naprawdę świetny. Ogółem bardzo pozytywny i energiczny utwór, przy którym nie sposób nie tupać nogą. Potem mamy kolejny hit zespołu, Mama Kin. Bardzo chwytliwe, dynamiczne, pozytywne, a gitara naprawdę zniewalająca. Po prostu piękny, klasyczny rockowy utwór. Przejdę od razu do ostatniej piosenki, Walkin' The Dog, która jest coverem Rufusa Thomasa. Ku mojemu zdziwieniu kawałek ma funkowe elementy, czego nie spodziewałam się po Aerosmith. Jednak dzięki temu utwór pozytywnie się wyróżnia.

Płyta jest spójna, wszystkie utwory są utrzymane w tej samej stylistyce. Za pierwszym razem mogą wydać się prawie identyczne, jednak po kilkakrotnym przesłuchaniu albumu, dostrzega się znaczące różnice między nimi. Jak na debiut, płyta jest naprawdę dobra. Określiłabym ją jako klasyczny, rockowy krążek. Album nie jest jakąś innowacją, ale trzeba przyznać, że Aerosmith ma swoje miejsce w historii muzyki rockowej. Uważam, że album jest wart przesłuchania.
Moja ocena: 9/10.

środa, 17 kwietnia 2013

Recenzja albumu AC/DC "High Voltage"


01. It's A Long Way To The Top (If You Wanna Rock 'N' Roll)
02. Rock 'n' Roll Singer
03. The Jack
04. Live Wire
05. T.N.T.
06. Can I Sit Next To You Girl
07. Little Lover
08. She's Got Balls
09. High Voltage

AC/DC to jeden z tych legendarnych zespołów rockowych, których twórczość miała wpływ na miliony fanów. Dzisiaj zrecenzuję ich pierwszy ogólnoświatowy krążek, "High Voltage" [1976]. Przed wydaniem tego albumu na całym świecie, w Australii (skąd pochodzi zespół) ukazały się wcześniej dwa krążki, "High Voltage" oraz "T.N.T.". Ogólnoświatowa wersja płyty "High Voltage" łączy w sobie niektóre utwory ze swoich australijskich poprzedniczek.

Album otwiera It's A Long Way To The Top (If You Wanna Rock 'N' Roll). Utwór dobrze oddaje klimat krążka. Jest dynamiczny, dobrze słychać wszystkie instrumenty, przy czym wpada w ucho. Naprawdę udany kawałek. Mając za sobą taki początek, chętnie słuchałam dalej. Jedyne, czego nie odebrałam w pełni pozytywnie to dudy, które gdzieniegdzie się pojawiają. Jednak przez to że ja się troszkę czepiam nie można odmówić piosence przebojowości. Potem mamy równie chwytliwe Rock 'n' Roll Singer. Tak jak przy poprzednim utworze, zachwyciły mnie gitarowe riffy. Naprawdę świetnie komponują się z resztą. Co do wokalu, na początku głos Bona Scotta był mi całkowicie obojętny, ale kiedy się do niego przyzwyczaiłam, zaczął mi się szczerze podobać. Kolejny utwór, The Jack, o bluesowym rytmie, oczarował mnie już mniej. Zapewne dlatego, że w refrenie są wielokrotnie powtarzane te same słowa. Muszę jednak wspomnieć, że do tego kawałka głos Scotta pasuje idealnie. W sumie całość można uznać za udaną. Kolejny numer to Live Wire. Musiałam się z nim trochę osłuchać. Po jakimś czasie naprawdę go polubiłam. Następnie mamy jeden z największych przebojów zespołu - T.N.T. Jest to jeden z tych uzależniających kawałków, które cały czas słyszysz w głowie. Refren jest tutaj niezwykle chwytliwy. Cała piosenka jest dosyć zróżnicowana - na początku i pod koniec słyszymy krzyki muzyków, potem świetne zwrotki i rewelacyjny refren. Wiem, że to dopiero połowa płyty, ale T.N.T. przypieczętowało tylko moje zadowolenie z sięgnięcia po album "High Voltage".  W Can I Sit Next To You Girl urzekło mnie brzmienie gitar. Little Lover ma osobliwą atmosferę. Kiedyś żona Scotta poprosiła go, by napisał o niej piosenkę. Napisał więc She's Got Balls (PL: Ona ma jaja), za co ta się z nim rozwiodła. Biorąc pod uwagę samo brzmienie utworu, jest dobry, choć nie zalicza się do moich ulubionych. Na koniec zaserwowano słuchaczom piosenkę tytułową, High Voltage. Jak na moje oko, jest podobna do tych z początku. Brzmi naprawdę świetnie.

Długo się nad tym zastanawiałam, i doszłam do wniosku, że na każdym kroku zachwyca mnie prostota ich muzyki. Bardzo proste a jednak genialne. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do talentu członków AC/DC. Muszę wyróżnić gitarzystę, Angusa Young'a. Słychać, że facet wie, co robi. Słabych punktów na krążku jest niewiele. Co tu dużo mówić, klasyka rocka.
Moja ocena: 9/10.

sobota, 19 stycznia 2013

Recenzja albumu The Ramones "Ramones"


01. Blitzkrieg Bop
02. Beat On The Brat
03. Judy Is A Punk
04. I Wanna Be Your Boyfriend
05. Chain Saw
06. Now I Wanna Sniff Some Glue
07. I Don't Wanna Go Down To The Basement
08. Loudmouth
09. Havana Affair
10. Listen To My Heart
11. 53rd & 3rd
12. Let's Dance
13. I Don't Wanna Walk Around With You
14. Today You Love, Tomorrow The World

The Ramones to amerykański zespół punkrockowy, który rozpoczął swoją działalność w 1974 roku w Nowym Jorku, skąd pochodzą wszyscy członkowie grupy. Za czasów debiutanckiego albumu "Ramones" [1976], który dzisiaj zrecenzuję, zespół przedstawiał się w takim oto składzie: Joey Ramone - wokal, Johnny Ramone - gitara, Dee Dee Ramone - gitara basowa i Tommy Ramone - perkusja. Trudno nie zauważyć podobieństwa w ich pseudonimach scenicznych: wszyscy używali nazwiska Ramone, a zainspirował ich do tego (mój ulubieniec) Paul McCartney, który za czasów Beatlemanii meldował się w hotelach, podając nazwisko Ramone.
Ramonesi byli jednym z zespołów, które szerzyły ideę punk rocka w Stanach Zjednoczonych, chociaż właściwie punk jest brytyjski. Nie twierdzę jednak, że amerykańscy Ramonesi źle się w tym gatunku spisują.

Pierwszy utwór, Blitzkrieg Bop idealnie oddaje klimat i charakter całego albumu. W piosence są zachowane typowe dla punk rocka proporcje - szybki bit, "szarpana" gitara i szybkie tempo - a całość ma pozytywne brzmienie, co razem daje przyjemne (w dużej mierze zależy to od gustu!), energiczne połączenie. Oprócz tego Blitzkrieg Bop rozpoczyna kultowy okrzyk "Hey! Ho! Let's Go!". Muszę na początku wspomnieć, że kawałki Ramonesów trwają lekko ponad dwie minuty, więc nie są zbytnio rozbudowane, ale wpadają w ucho z niezwykłym rozmachem, a w moim przypadku potrafiłam słuchać jednej ich piosenki przez pół dnia. Od razu uprzedzam, że trudno się od nich uwolnić! Drugi utwór, Beat On The Brat niezwykle przypadł mi do gustu. Zapewne ze względu na to, że jest dość unikalny, nawet w ogólnym repertuarze The Ramones [niektórzy twierdzą, że każdy ich utwór jest taki sam, ale to błędne twierdzenie]. Beat On The Brat brzmi klasycznie dla tego zespołu, jednak jest bardziej "rymowane", co daje ciekawy efekt. Judy Is A Punk to jeden z kilku utworów, dzięki którym ta nowojorska grupa zyskała fanów i sławę. Trwa 1:32 min., ale kawałek jest kultowy. Przejdę od razu do szóstki, czyli Now I Wanna Sniff Some Glue. Jest to pierwsza piosenka Ramonesów, którą poznałam. Składa się z prostej melodii i czterech linijek równie prostego tekstu [Now I wanna sniff some glue, Now I wanna have somethin' to do, All the kids wanna sniff some glue, All the kids want somethin' to do], który powtarza się kilka razy. Piosenka trwa około minutę i pół, ale mnie się szczerze podoba. Przejdę od razu do dwunastki, czyli 53rd & 3rd. Jest to najbardziej znany utwór z tych napisanych przez basistę [Dee Dee Ramone]. Jest jednym z tych bardziej "rymowanych", a w środku utworu wokal na moment przejmuje Dee Dee, chociaż nie jestem pewna, czy piosenka na tym skorzystała.

Utwory The Ramones zaczynają się podobnie (ba, prawie identycznie), ale w rzeczywistości są różne. Musiałam o tym wspomnieć, aby rozwiać wszelkie wątpliwości. Uważam, że powtarzalność jest jedną z cech punk rocka, więc się tego nie czepiam. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to wszystko jest tak banalne, że nie ma wartości. Kawałki są bardzo spójne (można by rzec, że aż za bardzo), ale jest w nich zachowane unikalne brzmienie Ramones. Każda piosenka składa się z kilku prostych gitarowych riffów, szybkiego bitu i dość chwytliwej melodii, a co do wokalu, hmm, Joey Ramone w większości wykrzykuje teksty i to bardzo niewyraźnie, ale jest to bardzo wyjątkowe. Takich zespołów już niestety nie zobaczymy. Punk rock jest prosty nie tylko w warstwie muzycznej jak i lirycznej, ale ma przekaz. Teksty mogą wydawać się bezsensowne, ale mają w sobie to coś, z resztą tak jak wokal. Ogółem swoista, wyjątkowa muzyka oraz zespół. Muszę na koniec dodać, że album stał się klasykiem, więc warto go znać.
Moja ocena: 9/10.


***

piątek, 4 stycznia 2013

Recenzja albumu Kasabian "Velociraptor!"


01. Let's Roll Just Like We Used To
02. Days Are Forgotten
03. Goodbye Kiss
04. La Fée Verte
05. Velociraptor!
06. Acid Turkish Bath (Shelter From The Storm)
07. I Hear Voices
08. Re-Wired
09. Man Of Simple Pleasures
10. Switchblade Smiles
11. Neon Noon

Kasabian to brytyjski zespół grający alternatywnego rocka z dodatkiem elektroniki. Pisałam już recenzję ich poprzedniego krążka (tu jest link >klik<), więc więcej informacji o zespole można znaleźć właśnie tam. Dzisiaj przedstawię najnowszy (chronologicznie w dyskografii grupy) album zespołu - "Velociraptor!" [2011].

Pierwszy utwór Let's Roll Just Like We Used To wprowadza słuchacza w lekko melancholijny klimat płyty. Utwór ma prostą, lecz specyficzną melodię, która szybko wpada w ucho. Pod numerem drugim mamy rewelacyjny kawałek Days Are Forgotten. Od razu "rzucił mi się w uszy" nieprzeciętny chórek, który słyszymy na początku piosenki i przy refrenie. Pod koniec zwrotek pojawiają się rymowane linijki, co w muzyce Kasabian pojawia się nieczęsto. Utwór od początku do końca jest niesamowity, a składa się na to wiele czynników, m.in.: brzmienie gitary, wokal oraz bit. Wszystko jest idealne. Goodbye Kiss to pozytywny, lekki i przyjemny utwór, który jest małą odmianą po dwóch pierwszych kawałkach. Muszę przyznać, że na początku nie miałam piosenki za tak dobrą i przyjemną, za jaką uważam ją teraz. Teraz nie rozumiem, jak mogłam za nią nie przepadać. La Fée Verte w wykonaniu gitarzysty zespołu [Sergio Pizzorno] brzmi nieco psychodelicznie. Idealnym dopełnieniem jest tutaj gitara akustyczna zamiast elektrycznej i skrzypce w tle. Tytułowy utwór Velociraptor! jest dynamiczny i skorzystano tutaj z niewielkiej ilości elektroniki, a więc nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o melodię, powiedziałabym, że słychać wpływy punku. Kawałek jest bardzo chwytliwy i ogółem świetny. Acid Turkish Bath (Shelter From The Storm) to drugi, lecz nie ostatni numer, gdzie wokal przejął Sergio. Utwór ma miejscami nieco orientalne brzmienie, a partia skrzypiec jest po prostu genialna. Kawałek jest moim zdaniem psychodeliczny, bo nie potrafię się w nim doszukać niczego pozytywnego, co wcale nie obniża wartości piosenki. Numer ma 6 minut, ale ani trochę nie jest nudny, ponieważ jest dosyć rozbudowany i bardzo go za to cenię. I Hear Voices jest jednym z utworów, które zawierają większą dawkę elektroniki. Kawałek jest nieco dołujący, ale niezwykle efektowny. Ma nieskomplikowaną melodię i dozę elektroniki, która podkreśla całość. Re-Wired to jeden z numerów brzmiących pozytywnie, których nie ma wcale aż tak dużo. Piosenka, chociaż nie jest taka znowu szybka, jest dynamiczna i wykonana z rozmachem. A brzmi przy tym naprawdę rewelacyjnie. Man Of Simple Pleasures to dosyć lekki, choć nieco przytłaczający utwór. Moją uwagę przykuło ciekawe zakończenie piosenki. W Switchblade Smiles wykorzystano porządną dawkę elektroniki, ale to tylko podkreśliło niezwykły charakter utworu. Można powiedzieć, że w pewien sposób jest to najcięższy lub najmocniejszy kawałek zespołu. Album zamyka spokojne Neon Noon, gdzie wokal znów przejął gitarzysta, a głos ma niegorszy niż wokalista. Sam utwór jest świetnym zakończeniem.

Z tego co wiem "Velociraptor!" jest najbardziej lubianym przez fanów albumem Kasabian. Czy słusznie? Owszem. Nie można odmówić płycie przebojowości. Każdy utwór jest specyficzny, a jest ich jedenaście, więc myślę, że postrzeganie całości jako dzieła sztuki nie będzie błędem. W muzyce Kasabian bardzo podoba mi się częste wykorzystanie instrumentów smyczkowych oraz to, że zespół nie opiera się tylko na elektronice, ale jest ona w ich twórczości jedynie ozdobnikiem. Muzyka zespołu jest lekko melancholijna w typowy dla nich sposób i jest oryginalna, ma charakter. Im dłużej słucham Kasabian, tym głos wokalisty [Tom Meighan] jest bardziej specyficzny i rozpoznawalny. Muszę wspomnieć, że za wszystkie utwory zespołu jest odpowiedzialny gitarzysta, Sergio Pizzorno. Z resztą nie tylko za utwory, ale też za elektronikę i partie skrzypiec. Z tego wynika, że facet jest geniuszem, który czuje muzykę. Wracając do podsumowania albumu, w swojej recenzji nie jestem w stanie objąć jego majestatu. Idealny, nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o młodsze zespoły rockowe, stawiam właśnie na Kasabian.
Moja ocena: 10/10. Polecam!

czwartek, 6 grudnia 2012

Recenzja albumu The Smashing Pumpkins "Gish"


01. I Am One
02. Siva
03. Rhinoceros
04. Bury Me
05. Crush
06. Suffer
07. Snail
08. Tristessa
09. Window Paine
10. Daydream

Smashing Pumpkins (czyli "Powalające Dynie") to amerykańska grupa rockowa założona w 1988. Z moich obserwacji wynika, że zespół nie jest zbyt znany, więc nie każdy wielbiciel rocka go kojarzy. Oryginalny skład grupy wygląda następująco: Billy Corgan - wokal, gitara rytmiczna, James Iha - gitara prowadząca, D'arcy Wretzky - gitara basowa, Jimmy Chamberlin - perkusja. Kiedy pierwszy raz poznałam zespół, spotkało mnie miłe zaskoczenie, że mają basistkę. Kobieta w tego typu zespole to nowość, ale uważam, że to bardzo dobre wyłamanie się z szablonu. Dzisiaj opowiem o "Gish" [1991], czyli o debiutanckim albumie "Dyń". Warto wspomnieć, że ów album (chociaż dopiero po jakimś czasie) uzyskał w USA status platynowej płyty.

Pierwszy utwór I Am One to dobry początek albumu. Przyzwyczaja słuchacza do brzmienia zespołu. "Dynie" ogółem grają rocka, a miejscami czuć grunge'owe akcenty. Jeśli chodzi o klimat pierwszej piosenki, to nie jest ona ani wesoła ani dołująca. Po prostu "dyniowa". Za to drugi kawałek - Siva - który bardzo mi się podoba, można nazwać dołującym. Mam tylko wątpliwości co do wokalu, bo raz jest głośno, raz cicho i nie wiem, czy to celowe czy po prostu niedopracowane. Ale ogólnie bardzo dobry kawałek. Perkusja, bas i gitara naprawdę dobrze wypadły. Powolne Rhinoceros jest dobrą odmianą po dwóch mocnych utworach. Bardzo przyjemne dla ucha. Kolejną piosenką, która wpadała mi w ucho jest Suffer, m.in. dlatego, że perkusista nie korzysta z tego samego bitu, który grał w pierwszym, drugim i czwartym utworze. "Suffer" to wolny i lekki kawałek, który jest nawet dosyć rozbudowany, a trwa ponad 7 minut. Po dużej dawce wolnych kawałków, "Dynie" zaserwowały coś szybszego, a mam na myśli utwór Tristessa. Można powiedzieć, że kawałek brzmi pozytywnie. I nareszcie perkusista zmienił, że tak powiem, swój repertuar. Przejdę od razu do ostatniego kawałka, czyli Daydream. Utwór brzmi genialnie, jest lekki i bardzo przyjemny. Trwa 3 minuty, z czego ta ostatnia trzecia to ukryta piosenka.

Wszystkie utwory są autorstwa Billyego Corgana, z wyjątkiem "I Am One" którego współautorem jest James Iha. Ogólna opinia o dziełach grupy (nie chodzi tylko o "Gish") to "dręczące, bolesne relacje z krainy koszmarów Billyego Corgana".

Album "Gish" jest dobrym, choć nie idealnym debiutem. Wolne utwory są zamieszczone na przemian z szybszymi, przez co całość nie jest jednolita. Jednak niektóre piosenki niczym się nie wyróżniają, a jestem pewna, że gdyby "Dynie" jeszcze trochę nad tym popracowały, krążek byłby naprawdę świetny. Mam też wrażenie, że wokal jest miejscami niedopracowany, ale kto wie, może tutaj śpiewanie "głośno-cicho" jest celowe. Wspomnę jeszcze, że płyta ma dosyć psychodeliczne brzmienie. Smashing Pumpkins to czwórka zdolnych muzyków, więc na pewno sięgnę po ich następne albumy.
Moja ocena: 7/10.

piątek, 19 października 2012

Recenzja albumu Pearl Jam "Ten"


01. Once
02. Even Flow
03. Alive
04. Why Go
05. Black
06. Jeremy
07. Oceans
08. Porch
09. Garden
10. Deep
11. Release
12. Alive (live)
13. Wash
14. Dirty Frank

Pearl Jam to amerykański zespół grunge'owy z Seattle, założony w 1990 roku. "Ten" [1991] to ich debiutancki album. Zespół znam stąd, że był "wrogiem" Nirvany, a właściwie Kurta Cobaina. Nie będę się wgłębiać w relacje między tymi dwoma zespołami, ale skupię się na twórczości Pearl Jamu. Muszę przyznać, że po przeczytaniu biografii Kurta nie byłam chętna do poznawania muzyki tego zespołu, ale po usłyszeniu kilku piosenek moja opinia zmieniła się o 180 stopni.

Album otwiera kawałek Once, który przedstawia klimat płyty, czyli mocne, grunge'owe brzmienie, któremu nie brak melodii. Sam kawałek bardzo mi się podoba. Even Flow mogę nawet nazwać przyjemnym; utwór jest bardziej pozytywny niż poprzedni. Alive to chyba najbardziej znany numer Pearl Jamu. Bardzo dokładnie słychać tutaj głęboki głos Eddiego Veddera. Utwór brzmi naprawdę świetnie, szczególnie że nie jest melancholijny, jak to w zwyczaju mają grunge'owe kawałki. Na początku Why Go słychać dobry, porządny bit, a potem wchodzi reszta. Przy refrenie głos Veddera kojarzy mi się z głosem Cobaina, ale to tylko chwilowe wrażenie. Black to kolejny dobry numer, chociaż nie należy do moich ulubionych. Z kolei  Jeremy jak najbardziej zalicza się do moich ulubionych, ma świetne brzmienie. Piosenka opowiada o gnębionym chłopcu. Oceans to chyba najspokojniejszy kawałek na płycie. Niespecjalnie się wyróżnia, ale nie potrafię powiedzieć o nim nic złego. 
Mój ulubiony numer to Garden. Jest dość melancholijny, ale uważam, że słuchając go można poczuć atmosferę i klimat Seattle. Deep, Release i Wash aż tak bardzo nie zapadają w pamięć, ale nie znaczy to, że są gorsze. Ostatni kawałek Dirty Frank to bardzo dobry koniec; utwór jest naprawdę genialny. Kojarzy mi się trochę z "Give It Away" Red Hot Chili Peppers, ale ma zupełnie inny refren, więc piosenka przybrała unikalne brzmienie - odcina się na tle typowo grunge'owych numerów.


"Ten" to mocny, porządny debiut. Pearl Jam odwalił kawał dobrej roboty. Uważam, że zespół świetnie zaprezentował swoje specyficzne brzmienie, które jak najbardziej może zachwycić wielbicieli muzyki rockowej. Utwory są utrzymane w bardzo podobnej stylistyce, lecz się od siebie różnią. Każdy jest świetny na swój sposób. Album jest dopracowany i chyba mogę określić go dosyć tajemniczym. Krążek ma już 21 lat, ale myślę, że za kolejne 20 nie straci na wartości.
Moja ocena: 10/10.

***
Even Flow [posłuchaj]
Jeremy [posłuchaj]
Garden [posłuchaj]
Dirty Frank [posłuchaj]

piątek, 21 września 2012

Recenzja albumu Europe "The Final Countdown"


01. The Final Countdown
02. Rock The Night
03. Carrie
04. Danger On The Track
05. Ninja
06. Cherokee
07. Time Has Come
08. Heart of Stone
09. On the Loose
10. Love Chaser

Szwedzki zespół Europe został założony w 1979, gra głównie glam metal i rocka. Zyskali popularność po wydaniu albumu "The Final Countdown" [1986]. Dwa poprzednie krążki przeszły bez echa. Ogólnie nie jestem ich fanką, ale nie mam też nic przeciwko. Oczywiście nie mam zamiaru ich tylko chwalić.

Album rozpoczyna piosenka The Final Countdown, która okazała się największym hitem zespołu. Moim zdaniem ten hit jest jedną z najbardziej oklepanych i wkurzających piosenek. Może nie z nazwy, ale wszyscy to znają. To taki typowo radiowy utwór. Łatwo wpada w ucho i trudno się go pozbyć. Najbardziej wkurzającym elementem piosenki są klawisze, które pełnią bardzo "ważną" funkcję, podkreślają melodię.


***
Na płycie znajdziemy jedną balladę, czyli Carrie. Jest spokojna i nawet ma swój klimat, ale nie wzrusza mnie (a ballady często mogą poruszyć). Można powiedzieć, że jest jednym z najprzyjemniejszych kawałków na płycie. Joey Tempest, wokalista, całkiem nieźle prezentuje tutaj, co potrafi, chociaż nie ma go na mojej liście najlepszych wokalistów.
Na długo po przesłuchaniu płyty, oprócz Final Countdown, siedziało mi w głowie Rock The Night - energiczny utwór, o chwytliwym refrenie. Pod względem muzycznym jest całkiem dobry i raczej jest moim ulubionym na tym krążku. Najprawdopodobniej tylko do niego będę wracać.
Glam metal nie należy do podziwianych przeze mnie gatunków muzycznych, więc muzyka zespołu Europe (nie chcę ich obrażać, ale to banda pudelków) nie wywarła na mnie dobrego wrażenia (chociaż nie są też najgorsi). Ich twórczość (z wyjątkiem kilku piosenek) często wydaje mi się jednolita i monotonna. Na "The Final Countdown" oczywiście roi się od dźwięków gitary elektrycznej, co jest plusem. Słychać też, że dość duży wkład włożył w płytę klawiszowiec zespołu.
Do piosenek, które można w miarę dobrze wspominać należy również Cherokee. Kawałek nie jest nudny, ale nie przemawia do mnie. Głos Joeya mnie denerwuje, bo uważam, że nie pasuje do brzmienia gitary i perkusji. Pomiędzy Carrie i Cherokee zostały umieszczone jeszcze dwa kawałki (Danger On The Track, Ninja), które wydają mi się strasznie podobne, chociaż w rzeczywistości się różnią. Z tych dwóch wolę trochę wolniejsze "Danger...". Ninja wydaje mi się w jakiś dziwny sposób dołujące. Nie wiem, co napisać o Time Has Come... Ma trochę balladowe brzmienie; jestem pewna, że nie zapamiętam tego na długo. Za to Heart of Stone jest bardziej energiczne, chociaż moim zdaniem nie bardzo się wyróżnia. Podoba mi się tu brzmienie gitary i perkusji. Przedostatnie On the Loose jest szybkie i dosyć konkretne, więc słucha się całkiem dobrze. Ostatnia piosenka (Love Chaser) niespecjalnie się wyróżnia i właśnie przy takich kawałkach (Ninja, Time Has Come, Heart of Stone) miałam wrażenie, że płyta jest jednolita.

Krótko mówiąc, "The Final Countdown" nie jest albumem w moim stylu, chociaż pewnie i tak w dalekiej przyszłości (chociaż na chwilę) do niego wrócę. Nie przepadam za brzmieniem, jakie wykreował Europe, ale są słuchacze, którym to pasuje.
Moja ocena: 5/10.

piątek, 14 września 2012

Recenzja albumu The Doors "Waiting For The Sun"


01. Hello, I Love You
02. Love Street
03. Not To Touch The Earth
04. Summer's Almost Gone
05. Wintertime Love
06. The Unknown Soldier
07. Spanish Caravan
08. My Wild Love
09. We Could Be So Good Together
10. Yes, The River Knows
11. Five to One

"Waiting For The Sun" z 1968 to moja pierwsza płyta legendarnych Doorsów (ich trzeci album studyjny). Mniej więcej po 3-krotnym przesłuchaniu byłam zaprzyjaźniona z pierwszymi piosenkami. Twórczość zespołu może niektórym nie przypaść do gustu, ale mi się podoba. Amerykańska grupa prezentuje muzykę z gatunku psychedelic rock, jazz rock. Zespół tworzyli Jim Morrison [1943-1971 +] (wokal), Robby Krieger (gitara), Ray Manzarek (klawisze) i John Densmore (perkusja).

Pierwszym kawałkiem na krążku jest Hello, I Love You - tekst jest łatwy do zrozumienia, refren strasznie wpada w ucho; w tle wyraźnie słychać klawisze. Piosenka ogólnie jest świetna. Drugi numer to Love Street - mogę szczerze nazwać tą piosenkę piękną. Jest delikatna i dosyć spokojna. Przyporządkowuję ją do jazzowych. Na początku zrobiła na mnie największe wrażenie, bo ma swój charakter. Straszne podoba mi się tekst: She lives on Love Street, Lingers long on Love Street, She has a house and garden, I would like to see what happens (PL: Mieszka na Ulicy Miłości, Trwa na Ulicy Miłości, Ma dom i ogród, Chciałbym zobaczyć, co się tam dzieje). Not To Touch The Earth nie ma pozytywnego brzmienia, nawet może dołować, ale nie nazwę piosenki złą. Mniej więcej na środku słychać krótki wrzask Morrisona i groźną muzykę, a zaraz potem solówkę na gitarze.
Summer's Almost Gone można zaliczyć do tych bardziej jazzowych niż rokcowych numerów. Jest spokojne, a niekiedy wzruszające. Podobają mi się wersy When summer's gone, Where will we be (PL: Gdy lato przeminie, co z nami będzie?). To zabawne, że po piosence o takim przesłaniu, zamieszczono utwór Wintertime Love (Zimowa Miłość), który wyróżnia się dosyć pozytywnym brzmieniem. Jest krótki (1:56), ale efektowny. The Unknown Soldier nie zapadł mi tak bardzo w pamięć, w przeciwieństwie do swoich poprzedników. Spanish Caravan bardzo mi się podoba. Głos Jima jest przejmujący. My Wild Love jest ciekawą piosenką. Podoba mi się melodia, która cały czas się tu powtarza. Nie użyto w tym numerze instrumentów. We Could Be So Good Together to dość energiczna piosenka. Nie wyróżnia się tak bardzo, ale jest przyjemna. Yes, The River Knows to trochę dołujący numer, jeden z tych spokojnych. Ostatni kawałek Five to One jest szybszy niż poprzedni. W pierwszej połowie utworu słychać solówkę na gitarze.

Wolniejsze kawałki na krążku są przeplatane z szybszymi, co jest dużym plusem. Najbardziej podobają mi się piosenki z początku (Hello, I Love You, Love Street, Summer's Almost Gone), ale cała płyta jest ciekawa. Kawałki są utrzymane na wysokim poziomie, w podobnym stylu. Niektóre numery mogą wzruszyć, niektóre zdołować, ale w każdym porusza mnie głos Morrisona. Reszta zespołu również świetnie sobie poradziła.
Moja ocena: 9/10. Polecam!

niedziela, 2 września 2012

Recenzja albumu Kasabian "West Ryder Pauper Lunatic Asylum"


01. Underdog
02. Where Did All The Love Go?
03. Swarfiga
04. Fast Fuse
05. Take Aim
06. Thick As Thieves
07. West Ryder Silver Bullet
08. Vlad The Impaler
09. Ladies And Gentlemen (Roll The Dice)
10. Secret Alphabets
11. Fire
12. Happiness

Zespół Kasabian znałam do tej pory tylko z piosenki "Fire", ale ten jeden kawałek wystarczył, żeby zachęcić mnie do bliższego poznawania zespołu. Krążek "West Ryder Pauper Lunatic Asylum" poznałam przypadkowo i nie żałuję, a wręcz dziękuję losowi, że na to natrafiłam.
   Kasabian to brytyjska grupa grająca alternatywnego rocka, z dodatkiem elektronicznych brzmień. Do przesłuchania tego krążka zachęciło mnie również wspomnienie, że załapałam się na końcówkę ich koncertu. Zafascynowała mnie specyficzna nazwa zespołu, a została ona zaczerpnięta od nazwiska Lindy Kasabian, która była zamieszana w zabójstwo Sharon Tate, żony Romana Polańskiego.

Underdog i Where Did All The Love Go? uważam za jedne z najlepszych. Ta pierwsza piosenka kojarzy mi się z ponurym, deszczowym Londynem. Na początku słyszymy tą elektroniczną nutkę. Co do wokalu, nie jest jakiś superspecyficzny, ale odczuwam różnicę między zwykłym męskim głosem. Pomimo że Underdog nie wprowadza pozytywnych emocji, jest genialną piosenką. Wywołuje u mnie stan rozmyślania o życiu. Where Did All The Love Go? ma pozytywne brzmienie i bardzo udane chórki. Siedzi mi w głowie już od kilku dni. Swarfiga to utwór bez wokalu, a na jego początku słyszymy ostatnie nuty Where Did All The Love Go?. Fast Fuse ma szybkie tempo, jest żywiołowe i może napełnić słuchacza energią. Take Aim zalicza się do najlepszych. Zaczyna się dosyć dziwnie, ale potem się rozkręca. Napełnia mnie pozytywną energią, słuchając czuję się świetnie. Ma chwytliwy refren i ogólnie jest genialne. Thick As Thieves ma w zwrotkach lekko bluesowe brzmienie; ogólnie jest dosyć lekkie. West Ryder Silver Bullet jest jedną ze spokojniejszych piosenek, ale takie piosenki nie są nudne, bo pan Tom ma dobry wokal. W Vlad The Impaler podobają mi się riffy gitarowe. Można tutaj usłyszeć od czasu do czasu tą elektroniczną nutkę. Ladies And Gentlemen (Roll The Dice) jest spokojną i lekką piosenką. Secret Alphabets jest szybsze niż poprzedni utwór. Nie wyróżnia się za bardzo, ale jest przyjemne. Fire jest genialne. Zwrotki nie są zaśpiewane energicznie, co tworzy kontrast pomiędzy nimi a refrenem, który jest żywszy. I słychać jeszcze bardzo udane chórki. Piosenka jest świetnie zagrana z perspektywy perkusji i gitary, nie tylko wokalu. Album zamyka spokojne i relaksacyjne Happiness.

Boska Czwórka, czyli cztery najlepsze piosenki na krążku to Underdog, Where Did All The Love Go?, Take Aim i Fire. Co do Kasabian, na pewno sięgnę po inne płyty. Słuchanie "West Ryder Pauper Lunatic Asylum" na pewno nie jest stratą czasu. Zespół stworzył lekki rockowy krążek z dodatkiem elektronicznych brzmień, a razem mogę nazwać to genialnym połączeniem.
Moja ocena: 10/10. Serdecznie polecam!
***


niedziela, 26 sierpnia 2012

Recenzja albumu Nirvany "Nevermind"



01. Smells Like Teen Spirit
02. In Bloom
03. Come As You Are
04. Breed
05. Lithium
06. Polly
07. Territorial Pissings
08. Drain You
09. Lounge Act
10. Stay Away
11. On A Plain
12. Something In The Way

Wszyscy chyba znają legendarną Nirvanę. "Nevermind" (1991)  to druga płyta zespołu, która przyniosła najwięcej rozgłosu i sławy. Muzyka Nirvany jest ogólnie dość ciężka i głośna, ale nie brak temu wszystkiemu melodii.

Pierwszy utwór to Smells Like Teen Spirit - najbardziej znana piosenka Nirvany. Ma dobre brzmienie, ale jeśli chodzi o słuchaczy, to jest pospolita. Niektórzy uważają się za fanów tego zespołu, znając tylko Teen Spirit, a ja tego nie popieram. Dwójka to In Bloom - na początku Kurt spokojnie śpiewa, a zaraz potem śpiew przeradza się w krzyk. Taki schemat (zwrotka - śpiew, refren - krzyk) jest typowy dla Nirvany. Potem mamy Come As You Are - chyba mój ulubiony kawałek z "Nevermind". Najpierw słyszymy bas, co jest miłym początkiem. Wokal - tutaj Kurt nie krzyczy aż tak bardzo, ale dobrze słychać jego chropowaty głos. Tekst piosenki zachwyca mnie swoją prostotą, bardzo mi się podoba. Czwórka to Breed - jest głośniejsza i szybsza od poprzedniej. Tutaj najbardziej podoba mi się refren. Następny utwór to Lithium - początek jest spokojny, zaczyna się słowami: I'm so happy, 'Cause today I found my friends, They're in my head (PL: Jestem tak szczęśliwy, Bo znalazłem moich przyjaciół, Są w mojej głowie). I pomiędzy spokojnie zaśpiewanymi zwrotkami słyszymy wrzask. Polly to niezwykle spokojna piosenka. Słyszymy tylko wokal i gitarę. Ma własną magię. Territorial Pissings - piosenka prawie w całości wykrzyczana; szybka i głośna. Drain You - utwór trochę wolniejszy od poprzedniego, Kurt już tak bardzo nie wrzeszczy. Dziewiątka to Lounge Act - przyjemna piosenka, również głośna, też ma swój klimat. Stay Away to szybki utwór; zwrotki są zaśpiewane, a refren wykrzyczany. On A Plain - jedna z klasycznych piosenek Nirvany. Ostatnie na krążku jest Something In The Way - Kurt napisał ten utwór będąc bezdomnym (był taki krótki okres w jego życiu). Piosenka bardzo mi się podoba; jest naprawdę spokojna.

Wokalista i gitarzysta Kurt Cobain (1967-1994 +) jest przykładem prawdziwego artysty. Jego piosenki są naprawdę szczere, z głębi serca. Basista Krist Novoselic jest świetny, a Dave Grohl jest najlepszym perkusistą, jakiego miała Nirvana. "Nevermind" to głośny, dosyć szybki album, który był odzwierciedleniem uczuć młodzieży lat 90 z problemami. Owa młodzież znalazła zrozumienie w muzyce Kurta, który również przeżył piekło będąc nastolatkiem.
Moja ocena: 10/10. Polecam!



czwartek, 9 sierpnia 2012

Recenzja albumu Red Hot Chili Peppers "By The Way"


01. By the Way
02. Universally Speaking
03. This Is the Place
04. Dosed
05. Don't Forget Me
06. The Zephyr Song
07. Can't Stop
08. I Could Die for You
09. Midnight
10. Throw Away Your Television
11. Cabron
12. Tear
13. On Mercury
14. Minor Thing
15. Warm Tape
16. Venice Queen

Nie mogę nie napisać o płycie, która od jakiegoś czasu trzyma mnie przy życiu. Jedną z takich płyt jest "By The Way" [2002]. Jest to ósmy album studyjny Red Hot Chili Peppers, których ubóstwiam. Każdy album tego zespołu wyróżnia się czymś innym, ale jednocześnie ma TO COŚ co jest charakterystyczne dla tej grupy. Do ich muzyki mam wielki sentyment, więc nie obiecuję, że recenzja będzie w 100% obiektywna.

By The Way to pierwsza i jedna z najlepszych piosenek. Słyszymy w niej anielski głos Anthony'ego Kiedisa, solidny bit, bas i gitarę. Tutaj każdy członek zespołu pokazał, że ma dużo do zaoferowania. Piosenka ma w sobie magię. Drugim utworem jest Universally Speaking. Brzmi pozytywnie, choć moim zdaniem utwór ma niewykorzystany potencjał. Potem mamy This Is The Place, które ma w sobie coś niezwykłego, wręcz hipnotyzującego. Jak najbardziej zalicza się do moich ulubionych. Czwarte na liście jest delikatne Dosed. Zawsze się przy tym wzruszam. Następnie mamy Don't Forget Me, które również budzi we mnie wiele emocji. Genialna perkusja, gitara, bas i głos Anthony'ego, od którego nie mogę się oderwać. Szóstym kawałkiem jest The Zephyr Song - lekki, przyjemny i porywający utwór. Perkusja, gitara, bas - wszyscy pokazali klasę, jak również pan Kiedis. Wokalista dobrze wykorzystał tu swój głos. Potem mamy Can't Stop, gdzie wokal jest wykorzystany na dwa sposoby, bo zwrotki nie są do końca śpiewane, przez co piosenka brzmi genialnie i jest jedną z moich ulubionych w całej twórczości zespołu. Zaczyna się od werbla i gitary, potem wchodzi Anthony oraz Flea z basem. Piosenka jest przyjemną rymowanką, a teledysk prześmieszny:


W utworze słyszymy charakterystyczne chórki gitarzysty, Johna Frusciante. Po prostu trzeba to usłyszeć. Ósmym utworem jest I Could Die for You. Co tu dużo mówić - lekka piosenka o życiu. Midnight to również jeden z moich ulubionych kawałków. Jest dosyć lekki, ale porusza wyobraźnię. Ogółem bardzo dobre nagranie. Dziesiątka to Throw Away Your Television. Bardzo dynamiczny kawałek. Piosenka jest bardzo chwytliwa i również ma to coś. Takie klasyczne Red Hot Chili Peppers. Jedenastka to Cabron. Wesoła i lekka piosenka. Jest w niej użyta gitara akustyczna zamiast elektrycznej. Potem mamy Tear - jedna z wolniejszych piosenek. Zawsze się przy niej wzruszam, mimo to jest przyjemna i lekka. Trzynastka to On Mercury - ma dosyć szybkie tempo; należy do mniej przeze mnie lubianych. Następnie mamy Minor Thing - przyjemny, pozytywny utwór. Są w niej elementy rymowanki, typowe dla RHCP. Warm Tape zaczyna się dość śmiesznie, ale potem refren prostuje. Piosenka ogólnie przyjemna. Płytę kończy sześciominutowe Venice Queen. Początek jest spokojny, potem się rozkręca, przy czym wpada w ucho.

"By The Way" to album, który znam na wylot. Jest genialny. Większość utworów jest bardzo lekka jak na Red Hot Chili Peppers, ale oczywiście nie znaczy to, że nie potrafią się w tym odnaleźć. To czterej świetni muzycy: Anthony Kiedis z niesamowitym talentem lirycznym, i najważniejsze, z głosem, którego nie sposób opisać słowami, Chad Smith, który z bębnów potrafi wydobyć coś więcej niż tylko rytm, Flea, bóg basu i John Frusciante, bóg gitary. Mają unikalny styl grania, dzięki czemu łatwo ich rozpoznać. Zdaję sobie sprawę, że recenzja może nie być dobra, bo poniosły mnie emocje... Cóż, kocham Red Hotów i nic na to nie poradzę :)
Ten album oceniam 9/10. Serdecznie polecam!
***