poniedziałek, 10 czerwca 2013

Recenzja albumu Florence + The Machine "Ceremonials"


01. Only If For A Night
02. Shake It Out
03. What The Water Gave Me
04. Never Let Me Go
05. Breaking Down
06. Lover To Lover
07. No Light, No Light
08. Seven Devils
09. Heartlines
10. Spectrum
11. All This And Heaven Too
12. Leave My Body

"Ceremonials" [2011] to drugi album grupy Florence + The Machine, który, jak wyraziła się Florence, miał być drugą częścią poprzedniej płyty, "Lungs". Co tu dużo mówić, debiut zrobił na mnie ogromne wrażenie, więc po "Ceremonials" dużo się spodziewałam. Florence wypowiedziała się na temat albumu następująco: "Usiłowałam nagrać materiał, który sama chciałabym usłyszeć, dramatyczne, potężne, a jednocześnie nieco przerażające brzmienie. Chciałam, żeby efekt był powalający." Czas się przekonać, czy krążek sprostał moim oczekiwaniom.

Album otwiera nieco tajemniczy utwór Only If For A Night, który swoją drogą jest naprawdę fantastyczny. Doskonale wprowadza słuchacza w atmosferę płyty, przy czym jest bardzo chwytliwy, chociaż mnie potrafi czasem zdołować. Jednak nie potrafię oprzeć się jego urokowi. Drugi utwór i zarazem singiel to Shake It Out. Początek jest spokojny, utwór z czasem jest coraz bardziej energiczny. Refren to prawdziwa eksplozja melodii. Naprawdę dobre nagranie. Trzeci utwór i kolejny singiel, What The Water Gave Me, jest już spokojniejszy niż poprzedni, ale nie znaczy to, że jest mniej przebojowy. Następnie mamy kolejną perełkę, fortepianową balladę, Never Let Me Go. Z kolei Breaking Down jest bardzo energiczne i jako jedno z niewielu nie brzmi tak mrocznie. Uwielbiane przeze mnie Lover To Lover również jest pozytywnym utworem, co z jednej strony jest miłą odmianą, a z drugiej zbytnio kontrastuje z bardziej mrocznymi i tajemniczymi kompozycjami. A nawet jeśli utwór odstaje, i tak jest wspaniały. Następny kawałek to magiczne No Light, No Light, które urzeka swoim brzmieniem i hipnotyzuje słuchacza. Seven Devils jest równie porywające, choć lekko melancholijne, nie traci jednak przez to na wartości. Pomimo że to już końcówka płyty, nie umieszczono tu zapychaczy, ale utwory równie ciekawe jak na początku: pozytywne Heartlines, przebojowe, olśniewające Spectrum, niezwykłe All This And Heaven Too, i fenomenalne Leave My Body, które idealnie zamyka album.

Teksty piosenek są równie magiczne i baśniowe co muzyka. Właściwie nie da się dokładnie powiedzieć, o czym mówi warstwa liryczna. Każdy może je interpretować po swojemu. Szczególnie przypadł mi do gustu ten nostalgiczny, mroczny klimat, w który można się wczuć jeszcze lepiej dzięki tekstom. Chociaż i tak sądzę, że muzyka bardziej pobudza wyobraźnię.

Krążek jak najbardziej sprostał moim oczekiwaniom, a nawet dostałam więcej, niż się spodziewałam. Jak dla mnie różnica między "Lungs" a "Ceremonials" jest taka, że pierwszy album ma bardziej pozytywne, ciepłe brzmienie, a drugi jest bardziej tajemniczy, mroczny, gdzieniegdzie psychodeliczny. "Ceremonials" przenosi słuchacza w niesamowity magiczny świat spowity mgłą tajemnicy. Muzyka Florence + The Machine jest bogata w przeróżnie dźwięki, często słyszymy genialne smyczki i różnego rodzaju niestandardowe dodatki. To właśnie uwielbiam w F+TM - potrafią stworzyć coś bardzo oryginalnego, co wykracza poza normy dzisiejszego popu.
Moja ocena: 9/10.

niedziela, 2 czerwca 2013

Recenzja albumu Birdy "Birdy"


01. 1901
02. Skinny Love
03. People Help The People
04. White Winter Hymnal
05. The District Sleeps Alone Tonight
06. I'll Never Forget You
07. Young Blood
08. Shelter
09. Fire And Rain
10. Without A Word
11. Terrible Love

Birdy, a właściwie Jasmine van den Bogaerde, to brytyjska wokalistka i kompozytorka, która zadebiutowała w 2011 roku swoją pierwszą płytą "Birdy", mając wtedy zaledwie 15 lat. Prawdę mówiąc, od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie, bo słysząc tylko single, od razu wiadomo, że muzyka, którą prezentuje Birdy to nie byle co, a sama Brytyjka jest bez wątpienia utalentowaną młodą artystką.

Album otwiera 1901 - spokojny i delikatny utwór, który dobrze oddaje atmosferę płyty. Już na samym początku uwagę słuchacza przykuwa dojrzały głos piętnastoletniej Birdy. Kolejny utwór, jeden z singli, to Skinny Love. Jak dla mnie, jest to jeden z najmocniejszych punktów na krążku. Oprócz wokalu słyszymy tylko fortepian. Zazwyczaj lubię, kiedy na melodię składa się wiele instrumentów, jednak u Birdy sam fortepian całkowicie wystarcza, i jeszcze bardziej podkreśla delikatność jej muzyki. Następnie mamy utwór People Help The People, z którego wokalistka jest najlepiej znana. W tej kompozycji również słychać głównie fortepian, jednak w pewnym momencie w tle pojawia się perkusja oraz instrumenty smyczkowe. People Help The People, ze swoim chwytliwym refrenem, to jak najbardziej jeden z najmocniejszych punktów albumu. Mnie osobiście bardzo przypadł do gustu utwór White Winter Hymnal, do którego na pewno będę wracać. Bardzo delikatny, lekki i pozytywny. Warto też zwrócić uwagę na jedną z niewielu żwawszych piosenek, czyli Fire And Rain. Na płycie umieszczono tylko jeden utwór autorstwa Birdy, Without A Word, który moim zdaniem, niestety wcale się nie wyróżnia, ale go doceniam. Pozostałe 10 piosenek to covery.

Birdy jest jeszcze bardzo młodą artystką, więc różne niedociągnięcia można jej wybaczyć. Podoba mi się, że muzyka, którą prezentuje nie jest komercyjna. Jeśli chodzi o płytę, jest spójna, miejscami trochę monotonna, ale nie znaczy to, że zła. Szkoda też, że album zawiera tylko jedną piosenkę w całości autorstwa Birdy, ale akceptuję, że wokalistka jest jeszcze bardzo młoda, więc mogła sobie pozwolić na coverowanie w takich ilościach. Ogółem muzyka na albumie jest bardzo delikatna i spokojna, a w każdym utworze nieodzowną częścią jest fortepian.
Moja ocena: 7/10.

wtorek, 28 maja 2013

Legendarny klawiszowiec

Ray Manzarek - współzałożyciel oraz klawiszowiec legendarnego zespołu The Doors, urodzony 12 lutego 1939 roku. Był wnukiem emigrantów z Polski.
Od najmłodszych lat Ray miał bliski kontakt z muzyką; od dziecka grał na pianinie. Duży wpływ na jego muzykę miały jazz i blues. Oprócz albumów wydanych z The Doors, Ray wydał także trzy solowe albumy.
Zmarł 20 maja bieżącego roku w wieku 74 lat, z powodu nowotworu.

Uznałam, że warto poświęcić mu choć tę jedną, krótką notkę, ponieważ on również w jakiś sposób zasłużył się w historii muzyki. R.I.P. Ray Manzarek


***

wtorek, 21 maja 2013

Recenzja albumu Rihanny "Talk That Talk"


01. You Da One
02. Where Have You Been
03. We Found Love Feat. Calvin Harris
04. Talk That Talk Feat. Jay-Z
05. Cockiness (Love It)
06. Birthday Cake
07. We All Want Love
08. Drunk On Love
09. Roc Me Out
10. Watch N' Learn
11. Farewell

Rihannę zna każdy, więc chyba nie muszę jej szczegółowo przedstawiać. Wspomnę tylko, że od 2005 roku aż do teraz piosenkarka wydaje co roku jedną płytę, a jej piosenki bardzo szybko i w dużych ilościach zajmują najwyższe miejsca na listach przebojów. Dzisiaj zrecenzuję szósty album barbadoski, "Talk That Talk" [2011].

Album otwiera singlowa, dość osobliwa, jak dla mnie, piosenka You Da One. Jednak nie ocieka elektroniką, więc słucha się jej całkiem przyjemnie. Kolejny singiel to Where Have You Been. Dla tego numeru nie jestem już tak wyrozumiała - w moich oczach kawałek to jakieś nieporozumienie. Brzmi jak pierwsza lepsza popowa piosenka (biorąc pod uwagę dzisiejszy pop) i jak dla mnie nie wyróżnia się żadnym elementem. Kolejna piosenka i singiel to We Found Love, które spotkało się z wielkim zainteresowaniem słuchaczy. W studio towarzyszył Rihannie Calvin Harris, który również przyczynił się do powstania piosenki. Miliony ludzi zasłuchiwały się w We Found Love przez bardzo długi czas, stacje radiowe bez przerwy to puszczały, jednak oprócz tego, że piosenka jest bardzo chwytliwa, nie widzę powodu, by się nią zanadto interesować. Jak dla mnie jest zbyt banalna, a refren to powtarzanie w kółko tych samych słów. Kolejny utwór (i singiel) to Talk That Talk wykonane z Jayem-Z. Tu również nie widzę niczego oryginalnego. Następnie mamy Cockiness (Love It). Ciekawy, aczkolwiek moim zdaniem bardzo odpychający numer. Birthday Cake ma zaledwie minutę i pół, ale idealnie wpasowuje się w elektroniczny i nieco irytujący klimat płyty. Przy wolniejszym We All Want Love można odetchnąć od ociekających elektroniką kawałków. Potem mamy ciężkie przez wokal Rihanny Drunk On Love. Słychać, że piosenkarka słabo sobie tu poradziła. Skończę już opisywać utwory i przejdę do podsumowania.

Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego i bardziej przemyślanego. "Talk That Talk" nie zalicza się do albumów dobrych i przemyślanych, a tak się właśnie dzieje, kiedy dąży się do wydania jednej płyty co roku, a nie do tego, by pozostało coś w historii muzyki. Płyta niczym mnie nie zaskoczyła; gdybym jej nie przesłuchała, niczego bym nie straciła. Utwory są do siebie podobne, niczym się nie wyróżniają. Ilość elektroniki jest czasem irytująca, a o warstwie lirycznej wolałabym nawet nie wspominać, jednak napiszę, że jest ona żenująca i przewidywalna.
Moja ocena: 4/10.

wtorek, 7 maja 2013

Recenzja albumu Carly Rae Jepsen "Kiss"


01. Tiny Little Bows
02. This Kiss
03. Call Me Maybe
04. Curiosity
05. Good Time Feat. Owl City
06. More Than A Memory
07. Turn Me Up
08. Hurt So Good
09. Beautiful Feat. Justin Bieber
10. Tonight I'm Getting Over You
11. Guitar String / Wedding Ring
12. Your Heart Is A Muscle

Kanadyjska wokalistka, Carly Rae Jepsen, jest nam wszystkim doskonale znana ze swojego hitu Call Me Maybe, który, jakiś czas temu, słyszało się na każdym kroku. Często zastanawiałam się nad całym tym zamieszaniem stworzonym wokół Jepsen - przecież to tylko jedna piosenka (i to nie koniecznie dobra), więc po co robić z niej jakąś wielką gwiazdę. Ale przecież nie bez powodu istnieją specjaliści, którzy nie patrzą na wartość tego, co wypuszczają w obieg, tylko za ile pieniędzy można to sprzedać. W skrócie - mam wrażenie (może nawet trafne), że Jepsen jest jednym z "prodkutów" stworzonych przez masę producentów, którzy nie liczą się ze słuchaczami. A słuchaczy i fanów powinno się szanować, bo czymże byliby bez nich "artyści"? W każdym razie (nawet jeśli słuchanie tego krążka to masochizm) dzisiaj zrecenzuję drugi studyjny album Carly, "Kiss" [2012].

Pierwsza na krążku jest piosenka Tiny Little Bows. Naprawdę, chciałam podejść do tej płyty z pozytywnym nastawieniem, ale spodziewałam się czegoś lepszego. A więc pozytywne nastawienie mnie zawiodło, bo Tiny Little Bows jest już na mojej niepisanej liście "nie słuchaj nigdy więcej". Nie spodziewałam się, że sam początek będzie aż tak zły. Od dawna nie słyszałam czegoś tak plastikowego i sztucznego. Kolejny numer, This Kiss, prawie wcale nie różni się od pierwszego. Równie sztuczne i plastikowe, ale jeszcze bardziej irytujące. Trzecia piosenka [Boże! Kiedy koniec?!] to hitowe Call Me Maybe. Nie muszę chyba dokładnie opisywać tej porażki. Chwytliwa melodia i infantylny tekst. Widocznie Carly wraz z masą producentów nie kłopotali się, by chociaż ten utwór brzmiał co najmniej poprawnie. Kolejny numer to Curiosity. Czwarty raz słyszę ten sami bit. Niestety, to jeszcze nie koniec. Cóż, powinnam jakoś opisać tę piosenkę. Aczkolwiek byłoby to pozbawione jakiegokolwiek sensu, ponieważ numer nie różni się wcale od swoich poprzedników. Potem pojawia się utwór Good Time, gdzie do Jepsen dołączył Owl City. Ucieszyłam się bardzo, że chociaż na chwilę głos Carly zostanie zastąpiony jakimś męskim wokalem. Numer nie jest aż tak wkurzający, jak poprzednie, a więc nie ma aż tak złego wpływu na psychikę słuchacza. Jest znośny. Po nim następują trzy identyczne nagrania: More Than A Memory, Turn Me Up i Hurt So Good. Widać tu brak jakiejkolwiek inwencji twórczej. Podaruję sobie pisanie na ten temat, bo padłoby kilka niemiłych epitetów. Kolejny utwór to Beautiful z Justinem Bieberem. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek ucieszy mnie głos Biebera. A jednak stało się, wokal Biebera był nawet ulgą ze względu na niezbyt dobry wokal Carly. Ku mojemu zdziwieniu Beautiful rozpoczynają dźwięki gitary akustycznej. Nie spodziewałam się nawet chwilowego braku elektroniki, ale ten brak się pojawił, co podnosi wartość piosenki. Trzy ostatnie nagrania, Tonight I'm Getting Over You, Guitar String / Wedding Ring, Your Heart Is A Muscle, to już powrót do ciężkiej elektroniki. W tym ostatnim (najlepszym z tych trzech) pojawia się, o dziwo, fortepian, ale elektroniczny bit dalej tam jest, a może gdyby z niego zrezygnowano, piosenka jakoś by brzmiała.

Kiedy piosenkarka wydała tę płytę, miała 27 lat. Gdy wokalista jest w takim wieku, można od niego oczekiwać czegoś poważnego, ale Carly, z tego co widać, nie zalicza się do poważnych wokalistów. Ze względu na jej wiek, muzykę, którą przedstawia można określić jako bardzo infantylną. Nadmiar elektroniki sprawia, że każda piosenka się ze sobą zlewa, a w efekcie słuchamy cały czas tego samego utworu. Mam wrażenie, że 9 na 12 piosenek jest tylko po to, żeby wypełnić pustkę wokół Call Me Maybe, Good Time i Beautiful, z czego tylko tego ostatniego da się normalnie słuchać. Przesłodzona "muzyka" Carly to jakieś nieporozumienie, ponieważ sama piosenkarka nie wyróżnia się ani głosem ani pomysłowością.
Moja ocena: 2,5/10.